niedziela, 17 czerwca 2018

tylkoza piołpłaszcz izakloł echdo czorta

Cholera!
Zakochałam się.

zimącho dzićnabo saka nocąt łuc szybyw oknach

Dzień 34 z 42.
Ruda mówi: ty zrób sobie falę z centymetra. Jak w wojsku.
Kto wie, jeśli ma mi to ułatwić ostatnich osiem dni ;)

Jeśli chodzi o samopoczucie, to jest dobrze.
Raz tylko zakręciło mi się w głowie i miałam mroczki. Domyślam się, że z głodu, bo to było po powrocie z pracy, a ja przez cały dzień zjadłam wtedy tylko jedno jabłko.
Nie specjalnie! Nie miałam po prostu czasu.
Już pod koniec pierwszego tygodnia czułam się lżejsza. Chodziłam bardziej sprężyście - możliwe, że to był tylko efekt psychologiczny, ale ważne, że był.
Jak już pisałam, nie bolała mnie głowa.
Okres zniosłam bardzo dobrze bez tabletek.
Łatwiej mi było chodzić. Bez problemu zawiązuję buty schylona. Śmigam po schodach.
Nie miałam jeszcze prawdziwego kryzysu - takiego, żebym stała nad jakąś potrawą i musiała się naprawdę hamować, żeby nie zjeść. Oczywiście, kiedy akurat jest pora karmienia, a ja jeszcze nie mam obiadu, mam ochotę na coś pysznego. I fantazjuję sobie, co wciągnę jako pierwsze.
Albo przeglądam przepisy w necie.
Ale to nie to, co kiedyś na dukanie, kiedy w tygodniu białkowym miałam tak wielką ochotę na zielsko, że wieczorem zawinęłam kabanosa w sałatę i pożarłam w sekundę.

Zniknęły problemy z cerą!
Miałam okropnie przesuszoną twarz, szczególnie w okolicy skroni, na linii włosów, uszu i po obu stronach nosa, pod oczami. Dosłownie mi się łuszczyła, kiedy potarłam mocniej dłonią. Przy nosie to już była niemal skorupa.
Nie umiem powiedzieć, w którym momencie to się stało, bo nie wierzyłam, że dieta może pomóc na skórę, ale któregoś dnia, gdy zmywałam makijaż, zdałam sobie sprawę, że moja twarz nie jest twarda w miejscach, w których była.
O-o!
Nie mogę też z całą pewnością stwierdzić, że jest to wynik tylko stosowania diety, ponieważ niemal jednocześnie z rozpoczęciem postu, zaczęłam stosować też nowe kosmetyki



Kupiłam tego L'Oreala, bo był w jakiejś promocji.
Do tej pory miałam tylko płyn micelarny, a teraz dodatkowo mleczko do demakijażu, żel do mycia twarzy, tonik.
Zresztą, mnie to nawet zbytnio nie zastanawia, od czego poprawił mi się stan cery. Ważne, że jest lepiej.

Włosy nie wypadły.
Alleluja i chwalmy pana!
Wierzę głęboko, że po zakończeniu diety skóra głowy nie będzie odreagowywać i nadal nie będą mi się sypać. Paznokcie wciąż twarde, jak stal.
Co jeszcze?
Brzuch się nie wchłania. Niestety, to nie dukan, na którym wszystko się po prostu wchłaniało. Teraz skóra mi się na nim marszczy i nieładnie rozciągnięta wisi. Nie sięga jeszcze kolan, ale ładne to nie jest.
Cycki to samo.
Biust mi się zmniejszył, do tego stopnia, że wczoraj musiałam kupić, dwa na razie, nowe staniki.
W tym przypadku niezawodny BraBirds i moja ulubiona Ruda Guru od dobierania mojej ulubionej bielizny.
Strzeliła okiem na mój wypięty biust i ze słowami "a my przecież coś niedawno dopasowywałyśmy" sięgnęła ręką po stanik, który OCZYWIŚCIE pasował od pierwszego przymierzenia.
Chciałabym mieć takie oko.

Wzięłam dwa.
Czarny z tymi fantastycznymi paskami, krzyżowanymi nad biustem. Nie mam pojęcia do czego będę go nosić, bo choć uwielbiam dekolty, to jednak nie bardzo wypada ubierać się do roboty jak lekka kurtyzana, ale musiałam go mieć!




Drugie cudo sprawiło, że klęknęłam przed lustrem.
Jeszcze nigdy żaden biustonosz tak dobrze nie leżał mi na piersiach i żaden nie kupił mnie tak szybko.
Jest po prostu fantastyczny. Od koloru, przez krój, po dopasowanie i to, jak trzyma mi piersi.



Nie chcę za bardzo świecić golizną i pookrajałam zdjęcia, jak mogłam najbardziej, ale te staniki trzeba zobaczyć na biuście.
Jak doskonale układają się na piersi, jak ładnie ją obejmują. Tylko wtedy można docenić ich urodę.
Serdecznie polecam zakup. Tym bardziej, że to nie pierwsza moja wizyta w tym sklepie i wiem, że jak tam coś zostanie dobrane, no na pewno będzie służyło długo i dobrze.
Jestem tylko niepocieszona, bo nadal nikt nie potrafi mi powiedzieć, dlaczego w moim rozmiarze nikt nie robi bardotek. Naprawdę, drodzy producenci staników, nie każda kobieta z dużymi cyckami się ich wstydzi. Ja moje kocham, uwielbiam je podkreślać i eksponować, więc nie rozumiem tej niechęci do wypuszczania każdego modelu w pełnej rozmiarówce.

Nie wcisnę grejpfruta. Nie dam rady, niech będą dwa jabłka.



Śniadanie sponsoruje dziś literka J jak Jebana Dieta oraz cyfra 8.

imło dąpier siąch ło-nołć-śfiat prężnymistoooooo py dep taćgó ry

Na tym poście, mimo mojego marudzenia i narzekania, tak naprawdę brakuje mi tylko kawy.
Cała reszta jest do przeczekania, do przełknięcia.
Tu już nie przesadzę mówiąc, że od kawy jestem zwyczajnie uzależniona. I nie jest to kokieteria.
Od miesiąca chodzę nieprzytomna, w okolicy południa dosłownie przysypiam, a żeby jako tako się trzymać, biorę kubek MFM-a i po prostu wącham.
Odliczam dni nie dla diety, tylko dla kawy i powinnam dostawać co tydzień takie kółko z liczbą, jakie dostają alkoholicy z AA w hollywoodzkich filmach.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobię w następny wtorek, to będzie kubek mocnej, aromatycznej kawy.
I mam szczerą nadzieję, że się po niej nie porzygam.

Nie miałam żadnego kryzysu ozdrowieńczego. Nic mnie nie bolało, nie nasiliły się żadne objawy, nie wypadły mi włosy.
Gdzieś doczytałam, że mogą się posypać już po zakończeniu diety. No i chuj, no i się przerzedzą, i co? Odrosną. A oczyszczanie i odchudzanie działa.
Nie bolała mnie w pierwszych dniach głowa.
Przy dukanie jakoś trzeciego albo czwartego dnia pobolewała. I nastrój miałam nieciekawy.
Tym razem nic z tych rzeczy. Wyłączając tę nieszczęsną kawę, post znoszę napraawdę dobrze.

Nie przygotowywałam się do niego wcale.
Ja go nawet nie planowałam jakoś specjalnie. Ot, któregoś dnia pogadałyśmy z Dianką, że trzeba i wybrałyśmy wtorek.
A wtorek, bo ani ona, ani ja, nie lubimy zaczynać od poniedziałków ani znaczących czy okrągłych dat. Odbębniłyśmy wszystkie imprezy, jakie miałyśmy odbębnić i poszło.

Ze specjalnych zakupów na pierwszy dzień, to nabyłam tylko grejpfruty, bo szczerze ich nie znoszę i po prostu nigdy nie miałam w domu. Cała reszta to po prostu to, co było w lodówce. Jabłka mam niemal zawsze, tak samo pomidory.
A potem na bieżąco uzupełniałam zapasy.
Najwięcej zjadam surowizny. Nie chce mi się gotować, bo lubię robić smaczne rzeczy, a umówmy się - ani seler, ani zupy kapuściane smaczne nie są.
Życie ratuje trio warzywne. Najprostsze, co może być do upichcenia. I nie najgorsze w smaku.
Surowe pomidory też ratują dietę. Szczególnie koktajlowe, które uwielbiam.

Ogólnie lato to świetna pora na post dąbrowskiej, bo jest mnóstwo świeżyzny. Ogórki małosolne, szczypiorek, sałata i rzodkiewka z ogródka.
Z drugiej strony - wiele pokus. Miałam straszliwą ochotę na truskawki.
Oczywiście nawet nie polizałam żadnej, ale co się naklęłam, to moje ;-)

Nie zgrzeszyłam ani razu.
Odstawiłam wszystko, co było zabronione, każdy nóź myłam przed  użyciem, w obawie, że może Ruda kroiła coś mięsnego albo jest niedokładnie umyty.
Nie liznęłam tych truskawek, nie jadłam nawet jagód, choć w śladowych ilościach są dozwolone.
Nie łyknęłam tej przeklętej kawy, choć każdy dzień jest ogromnym wyzwaniem.
Żadnej gumy do żucia, żadnego płukania ust płynami, żadnych tabletek. Jedyną substancją, o której nie ma mowy w tym poście, a którą wkładałam do ust, jest pasta do zębów.

Używam za to soli.
Sól jest dla mnie jak tlen.
Dieta, która każe mi wyeliminować sól, nie jest dietą dla mnie.

Nie, nie pokochałam wegańskiego jedzenia.
Nadal jestem mięsna, jak puma. Tęsknię za kurczakiem, za kawałkiem kabanosa - całe życie jadłam mięso i pięć tygodni tego nie zmieniło. Tak jak nie zmieni i sześć.
Nie brakuje mi chleba. Co jest dość dziwne, bo kanapkowa też byłam zawsze. A tu nawet zachcianki chlebowej nie miałam. Oczywiście, kiedy weszliśmy do piekarni, gotowa byłam rozszarpaćMFM-a za to, że mnie tam zabrał, ale chyba chodziło bardziej o zapach.

Słodycze.
Aż się roześmiałam.
Bo tak naprawdę, na diecie, o słodyczach w kontekście, że ich nie mogę, po raz pierwszy pomyślałam właśnie teraz.
Nigdy nie byłam słodka. Ja jestem dziewczyną orzeszków, chipsów i słonych przekąsek.
Słodkości mogą nie istnieć. Gdyby mnie ktoś teraz obsypał łakociami, nawet by mi się nie chciało buzi tworzyć, żeby coś zjeść.
Tutaj może być trudniej, jeśli ktoś jest słodyczowy. Ja nie znam tego bólu.
Oczywiście, kiedy ktoś mnie częstuje, wezmę cukierka. Oczywiście, lubię ciasto.
Ale przysięgam - nic a nic z tym nie tęsknię i nie mam problemu, kiedy ktoś obok mnie to je.

Woda.
Cóż, tutaj też jestem w lepszej sytuacji niż większość ludzi, ponieważ ja od urodzenia bardzo dużo piję. Dwie butelki wody, to jest minimum, które mi schodzi dziennie. I nie dlatego, że sobie przypominam, że muszę. Nie. Ja piję wodę jakby mimochodem.
Z tego względu myślę, że łatwiej jest wypłukiwać wszystko złe z organizmu.
Dianka na przykład musi sobie o wodzie przypominać i zmusza się do jej picia.

Dieta jest dla mnie za to kurewsko monotonna i nudna.
Staram się trochę wymyślać.
A to gotuję zupę ze wszystkich warzyw, a to robię sałatkę z pomidorów, papryki, ogórka, sałaty i rzodkiewki. Zmuszam się do jedzenia selera naciowego - obrzydliwie niesmaczny. Tak samo zresztą, jak obrzydliwie zdrowy i spalający tłuszcz.
Blehhh...
Paprykę wydrążałam i faszerowałam ją mrożoną dynią i pokrojonymi w plastry pomidorkami koktajlowymi.
Albo ucierałam na dużych oczkach marchewkę, pietruszkę, korzeń serela i buraki, dodawałam do tego pokrojony drobniutkow kalafior i brokuł, podsmażałam wszystko na teflonowej patelni razem z czerwoną cebulą (również odchudzające właściwości) i nadziewałam tym duże pomidory i zapiekałam w piekarniku.
Paprykę też.
Piekłam plastry cukinii i bakłażana. Smażyłam je na teflonie.
Dało się wytrzymać.

Raz zrobiłam te lody jabłkowe.
Niebo w gębie!

Zupy gotuję zazwyczaj z tego, co już powoli więdnie. Z listkiem laurowym i zielem angielskim.
Wszystko doprawiam papryczką chili.
Na surowo staram się mieć pod ręką ogórki, pomidory i czerwoną paprykę.

Oprócz wody, piłam zieloną i czerwoną herbatę - czarna jest zabroniona - oraz czyściłam wątrobę korzeniem mniszka lekarskiego.

*** *** ***

Nie umiałam sobie odmówić.
Brakowało mi dwóch pozycji Jeżycjady - kurwiowi, który mi ich nie oddał, życzę parchów! - oraz zdałam sobie sprawę z tego, że nie czytałam nowego Wina, więc dodałam jeszcze Fitzka, Nosowską, bo mnie bardzo ciekawi, jak pisze niepiosenki no i skoro mam już dwie poprzednie Pauliny Świt, to dorzuciłam i "Podejrzanego", a że w oko wpadł i najnowszy Mróz...
cóż, mogłabym tak budować to zdanie bez końca, tak samo, jak wypełniać arosowy koszyk, więc może tylko tyle powiem, że jedynie w dietach jestem konsekwentna.
Bo jeśli chodzi o moje postanowienie niekupowania książek, to jestem lekko w czarnej dupie :)


sobota, 16 czerwca 2018

szero kimi uli cami niosołsz częściezako chani popacz oł popacz

No jaki 32, jak 33!
Przecież zostało mi dziewięć dni! Nie wiem jak ja to liczę.

Kurwa, ja przez rok nie spojrzę na kalafior! Jeszcze czuję go w żołądku.
A oto dowód, że moje jedzenie zaczyna się w głowie, a nie w brzuszku.

Zrobiłam dziś obiad. No po prostu wydawało mi się, że talerz będzie za mały, tak bardzo ładowałam na niego żarcie.



I co? Nakładłam kalafiorów, brokułów, marchewek, smażonych pomidorów z cebulką.
Ledwo to do stołu doniosłam.
I co?
I tyle zostało.



Tak jest zawsze. Czy jestem na diecie, czy nie jestem. Zawsze najwięcej zjadłabym oczami.
To jest najnormalniejsze zaburzenie.
Tak samo z rodzajem żarcia.
Nie chodzę na zakupy głodna. Znam tę zasadę, że kupuje się o wiele więcej.
Ale i tak idę alejkami i wybieram - tu pierogi, tam kawałek schabu, paczka kaszy, ciastka, warzywa, jakieś owoce, bo na pewno na śniadanie zrobię koktajl, bułka słodka, bułka zwykła, mrożone kotlety, makaron.
Chuj z tym, że potem ciastka wynoszę do pracy i karmię krasnali, z warzyw zjem i tak tylko pomidory, a kapusta, z której ambitnie chciałam zrobić bigos, zgnije w kartonie. Owoce zwiędną i tak naprawdę zejdą jabłka i pomarańcze, pieczarki wypierdolę po trzech dniach, bo zwiędną, a kasza wyląduje w szafce razem z innymi, sprzed miesiąca, trzech i sprzed pół roku. Słodką bułkę wciągnie stonka, zwykłej pół zjem na śniadanie, a druga połówka wyschnie i będą ją mielić na panierkę. Schab, zamiast rozbijać na kotlety, zamarynuję i wsadzę do piekarnika i tak naprawdę smakować mi będą tylko mrożone kotlety. Bo robi się je najszybciej.
To jest właśnie jedzenie oczami.
Dlatego też przestałam zamiawiać jedzenie na wynos.
Kiedyś, do jakiegoś filmu w okolicy dziewiątej wieczorem, zamawiałam pizzę. A skoro pizzę, to jeszcze fryteczki, jakąś sałatkę; dodawali gratis drugą - brałam.
Nie nie, nie zjadałam tego od razu. Ale wiadomo, jak się wpierdala na noc, to nigdy nie wychodzi na dobre. I jeszcze chuj z tą pizzą jednego wieczora. Organizm od czasu do czasu by nie oszalał. Ale nie.
Zostawały przecież frytki, druga pizza i sałatka.
Więc drugi dzień też był śmieciowy. A często i trzeci, bo jednak oczy zamówiły sporo.

To samo chińczyk.
I ryż smażony ładnie wyglądał na ulotce, i kaczka na chrupiąco, i makaron sojowy, i sajgonki, i kurczaka pięć smaków bym skubnęła. Więc brałam pięć pudełek, a potem odgrzewałam to kilka dni z rzędu.
Zaburzenie wzroku, jeśli chodzi o żarcie, jest najbardziej niezdrowym zaburzeniem, jakie znam.
Nigdy nie skoryguję tego okularami i będę je miała do końca życia, wiem to doskonale.

Tak więc kiedy się diagnozowałam i wymyśliłam, że to nie od ilości, ale od jakości i pory spożywanych pokarmów udało mi się wyhodować sporego Asterixa stwierdziłam, że najwyższa pora oczyścić się ze śmiecia.
I to było moje jedyne przygotowanie do diety. Przeanalizować błędy i wybrać, co chcę osiągnąć.
Nie mam zamiaru pierdolić, że chciałam się tylko oczyścić, a tu suprajs, chudnę.
Gówno prawda.
Chciałam schudnąć, a oczyszczenie jest przemiłym skutkiem ubocznym.
Dlatego wybrałam tym razem właśnie tę dietę.

e naj mis juuuuuuu lajka

Jeszcze dziesięć dni.
Dziesięć!! Tyle co nic.
Odliczam z niecierpliwością, bo jestem już tak znudzona
ale to taaaaaaaaaaaaak znudzoooooooooona!!!!!

W chwilach załamania planuję sobie, co zjem jako pierwsze.
Czy to będą placki ziemniaczane z sosem kalafiorowym, czy po prostu ugotowane ziemniaczki z koperkiem i sokiem pomidorowym do popicia.
Czy wreszcie pomarańcze.

Dzień 32 z 42.
Kurwa, kiedy to minęło?! Przed chwilą miałam trzeci dzień diety
tfu! postu!
Przed chwilą miałam trzeci dzień postu i zastanawiałam się: jak ja to do cholery wytrzymam?!!

Idę smażyć pomidory z cebulką.

chałmacziz defiiiiiiiiiisz

Ładny ten mój Białystok.
Lubię go.

Wczoraj kilka minut przed dwudziestą drugą wyszłam na spacer po mieście.
Przez moment czułam się, jakbym znowu była w Moskwie. Tam najczęściej wychodziłam z domu dopiero po dziewiątej. Życie się wtedy zaczynało późnym wieczorem.
Latem było jeszcze zupełnie widno, wszędzie tłumy ludzi - eleganckie kobiety z otwartym piwem, faceci w nienagannie wyprasowanych koszulach, dzieciaki, którym nawet do głowy by nie przyszło położyć się spać po dobranocce ;)
Kocham Moskwę. Od piętnastu lat jestem w niej zakochana i lubię czasem do niej wracać.
Pewnie dlatego wczoraj, gdy bawiąc się w turystkę szłam przez moje śliczne miasto
chryste! ja normalnie nie wiem, jak mam to wszystko opisać!

Po prostu wczoraj, kiedy idąc przez Rynek Kościuszki parzyłam na doskonale znane mi od lat witryny sklepów, na puby, po których ciągałam się jako małolata, na brukowaną ulicę Lipową - dotarło do mnie, w jakim fajnym miejscu mieszkam.
Jaki ładny jest ten mój Białystok.

Dobra, chyba nie umiem dziś tego dobrze napisać.

poniedziałek, 11 czerwca 2018

ser-ceeeroz bitkiem jes na mo rzułes

Dzień 28 z 42.
Zostało mi czternaście dni.
Czternaście jebaniutkich długich dni.
Wpierdalam surową kalarepę i wmawiam sobie, że to doooobre. Mniamuśne. Cymesik kurwa!
Ale co? Nie narzekam, bo wlazłam na wagę, a tam znowu -2 kilo.
I jak? Jak mam kurwa zrezygnować? Przecież ja tego postu już nigdy więcej z własnej woli nie zrobię.
Odrzuca mnie już sam pomysł.
(tak jak i sama dieta, kiedy o niej słuchałam :P)

Na wczorajszy kryzys, bo wczoraj był chyba najgorszy dzień do tej pory, pomogło mi, o ironio! właśnie przeglądanie stron z żarciem i przepisów.
Oczy napasłam.

To jakby tyle dietowo.
Od pierwszego dnia 12,5 kilo na minusie.
Nieźle, co?
A nie wierzyłam...

niedziela, 10 czerwca 2018

aaaaa jamams wojągi tare spod niewwy tar teibu tystare

Shit!
Dwadzieścia po jedenastej, a ja mam jeszcze paznokcie niepomalowane!
Odkładam na ostatnią chwilę, a potem się dziwię, że rano mam wzorek w pościel.

*** *** ***
Jakież wielkie rozczarowanie mnie dziś spotkało!
Szukałam koperku do obiadu i jak każdy normalny człowiek w normalnej rodzinie otworzyłam zamrażarkę, sięgnęłam po pudełko po lodach czekoladowych Manhattan, a tam?!
LODY!
A gdzie koperek? W każdym normalnym domu w pudełku po lodach jest koperek. Nie, kurwa, u mnie muszę być lody! I to wtedy, kiedy w najlepsze ich zjeść nie mogę.
Ruda mi podpadła. I to ostro.
;)

*** *** ***
Oraz jutro muszę odesłać buty, bo okazały się za małe, a będę debiutowała z paczkomatami InPost i lekko się denerwuję.
Nie mam pojęcia jak mam tę skrzynkę wybrać, przecież pudełko jest ogromne. A jak mi się nie te drzwiczki otworzą? A jak coś popierdolę? I buty nie dojdą?
To niemała kasa i byłoby szkoda.

*** *** ***
Oglądam te ogródki i miedze u Pana Boga, i kretyński uśmiech mi na ryjek wypływa.
Uwielbiam.
Jakoś tak dumna jestem z tych moich stron. Z bułki warkoczułki i z tego powiedz dla mnie.
Ma urok nasza mowa.
Choć pochlebiam sobie, że jestem regionalnie nie do rozpoznania jeśli chodzi o sposób mówienia. Pytam o to ludzi, kiedy spotykamy się po raz pierwszy, i nikt jeszcze nie umiejscowił mnie prawidłowo.
A z drugiej strony bardzo szybko, i nieświadomie, łapię akcenty i zaciąganie z innych regionów.
Kiedyś spędziłam pół roku z góralami i kiedy wróciłam do domu, krasnale najpierw myślały, że sobie jaja robię, a potem strasznie mi to wytykały. Choć ja początkowo w ogóle nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Teraz bacznie przysłuchuję się temu, jak mówię, kiedy jestem gdzieś dłużej. Nie że z tym walczę; po prostu sprawdzam czy już.

pszytuli zbafmnie totakza bawnie dzielićswój grze chna pół

Zrobiłam ten bigos.
Kiszona kapusta gotowała się z zielem angielskim, listkiem laurowym i utartą marchewką chyba z dwie godziny, zanim zmiękła.



Kwaśna, jak nasienie diabła!
Ale smaczna.
Żeby był prawdziwy bigos, powinna być i kiełbaska, i mięska kawałek.
Żeby to nie była dieta, to by były.
A tak? Zamiast mięsa - zblanszowany kalafior, zamiast kiełbasy - talarki podgotowanej marchewki.
Czy to można nawać bigosem? Z braku laku...
Jem już drugi dzień.

I nie mam jabłek ze Stokrotki. Małe France mi wczoraj złomotały trzy ostatnie sztuki, a jak wracałam do domu, to było już za późno na zakupy. A dzisiaj bezhandlowa, więc jestem skazana na grejpfruty.
I bogosik.

*** *** ***
Wczoraj trzeci raz w  tym roku "Brzydka prawda". Jestem tak zakochana w tym filmie, tak odurzona seksapilem Butlera, że nie umiem go nie oglądać.
No i oczywiście jako beznadziejna romantyczka marzę o takim uczuciu. I nikt mi nie wmówi, że to tylko film i się nie zdarza.
Zdarza!

A dziś zaplanowałam "Auta" i "Klopsiki..."
Idealnie nadają się do uzupełniania przepisów.
Bo co robią frotki na dietach? Otóż łażą po internetach i katują się stronami z przepisem na smalczyk domowy. Na żeberka zapiekane w miodzie. Z filmami o robieniu ciast i pieczeniu chleba.
Żołądek skręca się na sam widok, a palce dalej i dalej klikają w kolejną stronę z poradami co zrobić, żeby schabik nie wyszedł za suchy.
No, ale znalazłam też pomysły na wegańskie potrawy, a to już będę mogła na wychodzeniu z postu za dwa tygodnie
DWA TYGODNIE!!! JESZCZE TYLKO DWA TYGODNIE, JEŚLI SIĘ UDA!!
Więc za te nieszczęsne dwa tygodnie będę mogła włączyć na przykład ziemniaczki. I avocado. I olej kokosowy.
Więc po prostu raj. Wyobrażacie sobie? Placki ziemniaczane zrobione w gofrownicy? Toż to jak ambrozja! Albo babka ziemniaczana. Z ogórkiem małosolnym.
Nie oderwę się od koryta przez tydzień!

No. Tak więc postanowiłam uzupełnić troszkę swój przepiśnik o takie potrawy i do tego właśnie idealnie nadają się bajki, które tak lubię, że prawie znam na pamięć.

Diety dzień 27 z 42. Kurważeszjejmać!
Idę wyjąć pranie.
Czuwaj!

sobota, 9 czerwca 2018

wracać chciał docem negolasu wej śćsieee baaaaaaał

Wyglądam przez okno, bo hałas jakiś większy się odbywa, a tam


I tylko małpki brakuje ;)


Czego by nie mówić o moim zniechęceniu dietą, jabłek nadal nie odmawiam.
Bo tak, dieta zaczyna mnie już naprawdę nudzić.
Nie mam już pomysłów na ciekawe potrawy.
Nadziewane papryki, faszerowane pomidory, smażona cukinia, pieczona cukinia, zupy-kremy ze wszystkiego, co się da. Surowizna w każdej postaci - koktajl, przecier, chrupana, w sałatce.
Chryyyyyyyste...
Dobrze, że za chwilę koniec czwartego tygodnia. Muszę się porządnie zastanowić czy jest sens to ciągnąć, skoro już mnie zaczyna wkurwiać.
Tym bardziej, że czuję, że waga się nie rusza.

Dzień 26 z 42.

Wszystkie dżinsy zjeżdżają mi z tyłka. Wszystkie, jakie mam.
A dosłownie dwa miesiące temu kupiłam sobie pięć par nowych.
I po chuj?!
Za to nie mam fajnych letnich bluzek.
Bardzo lubię koszule i z przyjemnością je noszę, bo zasłaniają mi brzuch, ale tak naprawdę, ale to naprawdę kocham tuniki.
Mam jedną fajną z Ulli Popken i jedną z bonprix, ale to naprawdę mało.
Gdzie ja mogę poprzebierać w tunikach? Najchętniej zanurzyłabym się w porządnym lumpeksie, ale zwyczajnie nie umiem tam nic wybrać. Nic mi nie wpada w oko.
Dżinsy muszę dać do zwężenia w biodrach, pasie i udach.
Łydki, kurwie jedne, nie zmniejszają obwodu i już sama nie wiem, co na nie może pomóc. Obcięcie kurwa?

Zrobiłam sobie znowu przedpołudnie z prasą i bez żalu stwierdzam, że cosmopolitan kupiłam po raz ostatni. Jest już nawet nie, że głupawy i mam wrażenie, że dla dzieci. On jest zwyczajnie żenujący.



Vogue za to nadal jest spełnieniem mokrego snu - pełno w nim mody, fajnych reklam i drogich torebek. Niemal z czcią przewracam kartki i wchłaniam ten przepych i kolory.
Ooooooch, jak ja marzyłam o pracy w Vogue. Nadal zresztą marzę. Zazdrościłam tego Carrie Bradshaw, jak wariatka

No, w każdym razie więcej monet na cosmo już nie wydam.
A w którejś z gazet był gratis - fluid Bielendy. Znaczy chuja on tam był gratis. Gazeta miała pewnie odpowiednio podwyższoną cenę. I jak to rozumieć? Jest tak gówniany, że nie sprzedawał się w drogeriach i trzeba było dołączyć do gazety? To jaka jest jego tak naprawdę wartość? Jakoś nie przekonuje mnie to do zakupu w przyszłości.
To samo z filmem w Twoim Stylu. Nie sprzedał się? Trzeba na siłę wciskać? Ja na przykład nie znoszę dodawania filmów do gazet, bo nie mam ochoty za nie płacić, a mój ulubiony magazyn jest wtedy droższy. I nie mogę nigdzie znaleźć bez dodatku.

Hmmmm... Zwracam honor. Bo przejrzałam właśnie ceny na okładkach. Wszystkie gazety, oprócz właśnie Stylu, są w normalnych cenach. Czyli rzeczywiście podkład dorzucono gratis.

Aktualnie, waniennie, jestem na "Pulpecji" i za każdym razem rechoczę na kartce, gdzie Mareczek podkręca wąsa.
Bosz, ja to pamiętam! Ja pamiętam, jak w tamtych latach niemal wszyscy faceci nosili wąsy!
I tak mi ten wizerunek nie pasuje do wybranka Idusi. No tak nie pasuje!

Post Dąbrowskiej jest dla mnie nie do zrobienia po raz drugi.
Nie i koniec!
Czuję się świetnie. Ani razu nie bolała mnie głowa, nie zauważyłam jakichś większych dolegliwości, NA RAZIE I OBY STALE! nie wypadają mi włosy (czym straszy każdy życzliwy) (ale mam wrażenie, że o tym już pisałam), nie kręci mi się w głowie, choć często nie zjadam tych wymaganych ośmiuset kalorii.
No i wciąż, ale to bez przerwy wciąż cały czas pragnę kawy!
To też już pisałam, ale nie zaszkodzi powtórzyć.
CHCĘ KAWY!

Poza tym wszystko gra. Wbiegam już na trzecie piętro po tych dziwnych schodach bez zadyszki.
Tak tak, taaaaak, miałam zadyszkę. Z tym, że to akurat nie zasługa diety, a wyrobienia. Skoro po kilka razy dziennie śmigam na górę i na dół, to kondycja musiała ulec poprawie. Przynajmniej na tym odcinku.


parala laaaa labam ba

Nienawidzę!
Szczerze nienawidzę mojego nowego laptopa!
Nie interesuje mnie, że uczucia są zarezerwowane dla ludzi. Ja nienawidzę sprzętu!
Jak zawsze miałam acery i byłam zachwycona, tak ten spierdolili po całości. Co chwila muszę wracać do poprzedniego wyrazu i uzupełniać litery, bo te jebane klawisze chodzą, jakby miały reumatyzm! Naciskam, a nic się nie wbija.
Klawisz spacji najchętniej wyrwałabym z korzeniami i wypierdoliła na najbliższe płonące wysypisko. Niemal wszystko, co piszę, jest bez spacji. 
Tacz pad jest zjebany. Nie ma kurwa przycisków zastępujących mysz, tylko jakiś popierdolony kawałek W CAŁOŚCI! i w zależności od tego, gdzie położę palec, taka funkcja się włącza. Oczywiście milimetr w bok i kurwa chuj strzela całą zabawę!
NIENAWIDZĘ ŚCIERWA!
NIENAWIDZĘ!

poniedziałek, 4 czerwca 2018

poką tachci szagra szko dasłuf reszztedo powiek się życ

Ach, bo zapomniałam
Dieta masakruje cycki. Nie ma co się pierdolić w dyplomację - zamiast piersi mam smętne zwisy.
Nie wiem jak mi się uda to naprawić i jakim kosztem. Jakimi kremami, serumami i innymi specyfikami do ujędrniania flaków.

Batumi, to jest ten podkład.



Jeśli chcesz, moja propozycja jest nadal aktualna. Podaj mi skrytkę pocztową, adres poczty, na której odbierzesz, co tam chcesz - wyślę Ci trochę do wypróbowania :-)

chałma cziz defisz

Szkurwamać!
Dzień 21 z 42.
Połowinki.
Kolejne -2,5 kilo.

I teraz się kurwa zacznie najgorsze.
Bo chyba nikt nie wątpił, że jednak zacznę jutro czwarty tydzień.
Po pierwsze zaczyna mnie wkurwiać monotonia. Ile można wpierdalać grejpfruty na śniadanie?!
Albo, z braku pomysłu, gotować kolejne trio warzywne z biedry.
Po drugie - och, jakże łatwo byłoby powiedzieć teraz: no, wytrzymałam trzy tygodnie, schudłam ładnie, więc wychodzimy.
Po trzecie - ja się już zwyczajnie nudzę. Nie gotuję nic ambitnego, mój pobyt w kuchni ogranicza się do pokrojenia warzyw i albo posypaniu ich przyprawami, albo wrzuceniu do wrzątku i wyjęciu po dziesięciu minutach.
Po czwarte, i najgorsze!, waga będzie spadała coraz wolniej albo często stawała w miejscu. Zawsze najłatwiej jest zgubić pierwsze kilogramy. To właśnie kolejne tygodnie, po tym spektakularnym spadku, są prawdziwą próbą charakteru.
Bo po jakiego chuja się odchudzać, skoro kilogramy nie lecą?

No i oczywiście coraz bardziej mam ochotę na jakieś mięso. Ja zawsze byłam drapieżnikiem, zawsze wolałam przeżuwać kawałek schabu niż jakąś papryczkę czy pomidora. No i jak się od tak dawna nie jadło nic smacznego, bo umówmy się - seler naciowy smaczny nie jest, to nawet durna bułka z Lilda wydaje się najbardziej pożądanym ciastem na świecie.

Ale nie narzekam.
To znaczy na żywca nie narzekam, tylko tutaj mogę sobie popłakać.
Nie mogę narzekać, bo przecież kilogramy spadają, talia na dobre się zadomowiła pod żebrami, cera poprawiła mi się niewyobrażalnie, a w dodatku czuję się jakoś lżej. Bez związku z wagą.
No przecież taki był cel, nie?

Na razie w postanowieniu trzyma mnie to, że od początku postu schudłam razem 10,5 kilo!!
W trzy tygodnie.
W, podobno, zdrowy sposób.

Kurważeszjegomać!

niedziela, 3 czerwca 2018

moja ulicam mu rempodzie lona

"Thelma and Louise" to film mój i Ptyśki od dwudziestu lat.
Kiedy nie leciał w TV, zawsze ta, która pierwsza go zobaczyła, dzwoniła do drugiej.
Często oglądałyśmy go razem, często przez telefon.
I jak nigdy nie umiałyśmy się określić która z nas jest którą bohaterką, tak jedna scena klasyfikuje nas od razu.

Moment pakowania się dziewczyn na wyjazd.
Ptyśka jest Louise. Nie, że jest podobna, nie że podobnie się zachowuje. Nie.
Ona nią JEST!
To pakowanie butów do foliowej torebki. To płukanie szklanki.
Równiuutko ułożone ubrania w walizce, włosy upięte w sam raz do kabrioletu. Ptyśka jak drut.

Ja znowu to wypisz wymaluj Thelma.
Z całym pierdolnikiem wpychanym do bagażnika samochodu. Z lampą naftową na wszelki wypadek. Z pięcioma torbami, w kiecce i zakręconych włosach. Oraz gubiąca jedną trzecią gotówki.

Zawsze w tym momencie wytykamy sobie: ja jej pedanterię, ona mnie moje bałaganiarstwo.
A kiedy byłyśmy młodsze, to w finale zawsze się zapewniałyśmy: pojechałabym z tobą do końca.

***
A takich dżinsów szukam od lat.

ajtelju łoraj łont łoraj rilirili łont

Dzień 20 z 42.

Jednego tylko nie rozumiem. Po co zapewniać, że nie będzie mi się chciało kawy, skoro to nie jest prawda?
Krążę wokół ekspresu jak sęp. Codziennie.
Byłoby o wiele łatwiej, gdybym mogła choć jedną dzinnie.

Znajoma, która też robiła ten post, tylko że przez tydzień, mówi, że ona piła.
I nadal chudła.
No dobrze, rozumiem. Tylko że tego już nie można wtedy nazwać postem dąbrowskiej. To jest zwykłe, choć niezdrowe, głodowanie. Odchudzanie. Drastyczne zmniejszenie kaloryczności.
Ale już nie post.

Zjadłam grejpfruta, zrobiłam sałatkę z sałaty i pomidorów, wypiłam dwie zielone herbaty.
I nie wiem. Mam dziś na coś smaka.
Może przez okres?
O, właśnie! Okres.
Choć życzliwi straszyli i straszą, że mi się okres zatrzyma, że mi włosy wypadną, że witamin mi zabraknie (!), to na razie nic takiego się nie dzieje.
Z okresem to w ogóle lepiej, bo niemal nie boli. Ja zawsze ten pierwszy dzień miałam kurewsko bolesny. Na lekach i to w podwójnej dawce (pewnie ze względu na wagę :P). Nospa i ibuprom szły, jak cukierki. A wczoraj? Owszem, coś tam poszczypało w środku, coś poskręcało, ale bez problemu dałam radę bez tabletek.
Czyli coś się naprawdę dobrego dzieje.

"Kruka" oglądam. Tego, co to jego szepty dopiero po zmroku słychać.
Hmmmm... Sama nie wiem. Ciut przekombinowany, jak większość polskich seriali, których twórcy CHCĄ zrobić ambitną produkcję.
Nie, nie jest zły. Ja się skusiłam ze względu na umiejscowienie akcji - moje rejony, nie?
Ale jakoś nie czuję klimatu podlasia. Szeptucha wrzucona nie z potrzeby scenariusza, tylko jakby z musu. Bo na podlasiu funkcjonują.
Ruski od razu miał być zły. Policjantka w jakimś sweterku, którego produkcję zakończono już dwadzieścia lat temu. Wpierdala kanapkę z pasztetówką, co znowu przeszkadza jej koledze.
Eeeeee, nie tak wygląda podlasie. A policjantki ubierają się naprawdę z klasą.
Nie mam zamiaru krytykować serialu zbyt ostro. Raz, że nie jest jakoś okropnie zły, dwa, że obejrzałam dopiero połowę.
Zobaczymy.

Jesssssu! Jak mnie ten nowy laptop wkurwia!