poniedziałek, 21 sierpnia 2017

felin low ine e lijen felin low inheraa a ajs

A tymczasem, rozpisując dokładnie każdą kalorię wszystkich znanych mi posiłków, pochłonęłam dwie rurki z kremem.
I teraz czuję się, jak ta czarnula z "Dziewczyn do wzięcia".



Uwielbiam ten film.
A skoro już o filmach, to chyba tylko Pottera czytam częściej, niż oglądam "Brzydką prawdę".
Nie mam pojęcia o co chodzi z tym filmem. Przysięgam.
Oni musieli podczas kręcenia dodać do niego jakiegoś narkotyku. Pigułkę oglądania czy coś.
Nie umiem się powstrzymać przed obejrzeniem go przynajmniej raz w miesiącu. Serio, od premiery, z trzydzieści razy na pewno go widziałam.
I najlepsze jest, że nie podganiam go w ani jednym momencie. Mija mi piorunem. Scena całowania w windzie, to najlepsza scena pocałunku, jaką widziałam w filmie. Ba! To jest nawet lepsze całowanie, niż jak kiedykolwiek miałam w życiu.

O czym ja zaczęłam pisać?
O kremie sułtańskim, wiem, ale coś innego chciałam.
Cholera jasna!
Dobra, nie to nie.
Ale Szykulska, to po prostu wymiotła, co nie?




ser ce roz bitkiemjes nam mo rzułes

Przede wszystkim, należy wyrobić w sobie nawyk pisania.
Choćby nie wiem co, o godzinie takiej i takiej siadamy do komputera i piszemy.
Nieważne co.
Piszemy.
Ja, jak to ja, zaplanowałam sobie co sobotę wpis książkowy.
I również, jak to ja, już dwie soboty dałam dupy.
Ale to nic
Nad sobą trzeba wciąż pracować i pracować, i pracować, i jeszcze wciąż pracować.
Więc kolejny raz postanawiam sobie, że postaram się być systematyczna w pisaniu i że może (tu, gdybym umiała, maksymalnie zmniejszyłabym czcionkę) może po raz kolejny zacznę się odchudzać
Niestety, nie dukanem, bo po prostu wiem, że zwariuję bez owoców.
No WIEM TO, że szlag mnie jasny trafi, jak nie będę miała przed nosem jabłek.
Przeliczyłam sobie te pudełka i jednak za drogo. Nie wydaję tyle miesięcznie na jedzenie. Tym bardziej, że - jak wiele razy podkreślałam - jem niewiele, za to kurewsko niezdrowo i strasznie nie w tych godzinach, co powinnam.

Tymczasem, kilka odcinków Greysów później:


niedziela, 20 sierpnia 2017

sztuka sprawić bymiał duuuuuuuuuuuuu uuuuuuuuszę

Normalny człowiek ogląda serial normalnie.
Jeden odcinek, dwa, no góóóóóóóra trzy, kiedy jest coś ciekawego.
Z normalności, to we mnie można znaleźć dwie rzeczy: Ruda urodziła mnie naturalnie i mam normalny, zdrowy apetyt.
Nic kurwa więcej.
Od poniedziałku obejrzałam dwa i pół sezonu "Chirurgów". Oczywiście kosztem książek, bo zamiast położyć się normalnie do łóżka z dobrym kryminałem czy romansem, które zresztą ostatnio ukochałam ponad wszystko, stawiam sobie na kolana podkład do robótek ręcznych i obserwując kłopoty i pukanie się z kim popadnie - bo o tym jest cały serial, nie oszukujmy się - koralikuję na potęgę.

W piątek zaszłam do mojego ulubionego sklepu z koralikami Monbijoux (ulubiony jest najbardziej przez nazwę, bo wszyscy wiemy, że ślinię się na francuski język, co nie? :P) i zostawiłam małą fortunę.
Wszystko przez bransoletkę, która leżała na ladzie.

- Mogę zrobić zdjęcie ? - złożyłam błagalnie ręce.
- Tak, oczywiście. Chce pani tutorial? - pani nawet powieka nie drgnęła, choć ja byłam przekonana, że nie pozwoli na robienie jej konkurencji - mam link Wydrukować?

Rety!
Dostałam więc kartkę z wydrukowanym adresem no i przez to musiałam nakupić potrzebnych koralików.
Niepotrzebnych przy okazji też.
Ale dzięki temu mam już stałą zniżkę 15% i zastanawiam się, czy nie dać sobie bana na te zakupy.



A przyszłam tyko po igłę, bo mi pękła ;-)

indis grejgrej łorld łennołba dysins ajside ajs ofe hjuman dol

Kłócę się zajadle z MFM-em.
Pióra lecą, inwektywy przeszywają powietrze, a riposty odbijają się od ścian.
Czuję, że wygrywam, gdy nagle:

- A weź powiedz rabarbar gra z piorunem w karty.


środa, 16 sierpnia 2017

mamo topsze zemnie onsies tobą żenć muuuuusiał

Doskonale pamiętam swój pierwszy odcinek Greysów.
Minęło niemal dwanaście lat, a ja bez problemu potrafię opisać nie tylko siebie i to, w co byłam ubrana, ale też ludzi, którzy ze mną wtedy siedzieli w pokoju i ich ubrania.
Godzinę, o której to oglądaliśmy, widok za oknem, co mówiliśmy, kolor lampki na stoliku przy telewizorze. Nawet wiem, jaką miałam fryzurę. Odtworzę dokładnie makijaż. Wszystko.
Niewiele wspomnień mam tak wyraźnych.

Pierwszym odcinkiem, jaki widziałam, i oczywiście zakochałam się w serialu bez pamięci, był ten z katastrofą kolejową. Z Bonnie przybitą metalową rurą do Toma.
Oglądałam z otwartym dziobem, bo do tej pory byłam zafascynowana "ER" z moim Georgem, a tam nie było takich scen. Nikt nie pokazywał żadnych flaków czy aż takich tragedii.
Od tego momentu przepadłam.
Nie umiałam jeszcze sama ściągać filmów, więc zatrudniłam do tego Arka, ale w końcu dostałam te kilka CD z serialem.
Płyty! Kto dziś przynosi filmy na sidikach? Sama mam osiem dysków zewnętrznych, a o płytach w ogóle już nie pamiętam.

Wspominam o tym, bo kilka dni temu zatęskniłam za moimi chirurgami i właśnie dotarłam do szóstego odcinka drugiego sezonu.
Zawsze na nim ryczę.
Zawsze.
Czułość na twarzy Dereka, kiedy mówi Bonnie, że to ona zostanie zsunięta z rury, że praktycznie nie ma szansy na przeżycie - rozkłada mnie na łopatki.
I Bonnie, która tak dzielnie to znosi.
A potem Derek płaczący w windzie...
Ponad moją wytrzymałość.

A Bonnie jest niesamowicie podobna do Matki Smoków z GoT.



aaaaaaander desi

Znajoma wróciła z wakacji.
Wiecie jak to jest, prawda?
A to za drogo było, a to hałaśliwi sąsiedzi z koszmarnymi dziećmi, a to żarcie chujowe, a to alkoholu za mało, albo wybór zbyt mały, a to pokoje nie takie, a to syf w hotelu, a to, a to, a tamto.
Ogólnie chujnia i nigdzie więcej nie jadę.

Więc otóż nie!
Znajoma wróciła, a zaznaczam, że do Grecji śmignęła się autobusem tam i z powrotem, więc wróciła zachwycona. Czy w autobusie było wygodnie i nie żałuje, że nie poleciała?
Absolutnie!
Miejsca wystarczająco, kierowca dobry, współpasażerowie do zniesienia, a po drodze pooglądała widoki i jechała przez kilka ciekawych krajów, krain, krajobrazów.
A czy tam, na miejscu, warunki dobre?
Oczywiście!
Przecież nie musiała gotować, w hotelu sprzątała obsługa, wycieczki można było wykupić, ale można też było zwiedzać na własną rękę, a jak ktoś chciał, to przecież mógł sobie w hotelu, na tarasie posiedzieć.
A czy sąsiedzi okej?
No pewnie!
Poznała się z fajną laską, która też przyjechała bez męża, razem sobie zwiedzały, wieczorem plotkowały i winkowały...

i tak dalej, i tak dalej

Muszę wyznać, że po raz pierwszy w życiu tak przyjemnie słuchało mi się czyjejś relacji z podróży. Ona naprawdę cieszyła się wycieczką. Ona naprawdę doceniała, że miała szansę wyrwać się z domu, zobaczyć coś, czego nie znała. Widać i słychać było tę radość.
Opowiadała z pasją, z uśmiechem, z miłym wyrazem twarzy.
A chciałabym podkreślić, że to znajoma, którą - i jest to ogromne niedopowiedzenie :P - dość słabo lubię. Może nawet trochę nie lubię. I często z niej pokpiwam. A może nawet drę łacha bez litości.
A dziś naprawdę fajnie mi się jej słuchało i serio wyczuwałam jej radość.
I po raz pierwszy cieszyłam się z nią, że jej się tak wakacje udały.
Ale to pewnie dlatego, że ona naprawdę się z nich cieszyła.
Dość miałam przez ostatnie dwa miesiące wysłuchiwania jak to chujowo i niewygodnie było na polu namiotowym.
Oczywiście decyzja o wyjeździe pod namiot była czymś cudownym i co wy tam wiecie, żałośni wielbiciele ol inkluziwów w siedmiogwiazdkowych hotelach.
Jak to strrrrasznie, ale to przestrasznie niemiła była obsługa w hotelu i jak to więcej się tam nie wybierze.
A hotel wybrany w ostatniej chwili, bo wcześniej nie chciało się robić rezerwacji.
Nieważne. Bo sama zaraz zacznę narzekać.

Chodzi mi tylko o to, że uwielbiam, kiedy ludzie umieją się cieszyć czymś, czym cieszyć się powinni.
Bez zbędnego narzekania, marudzenia i szukania chuja do dupy tam, gdzie tego chuja nie ma.

Miał być pozytywny wpis.
A na koniec sama dałam popis marudzenia ;-))

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

kali na maliiiiii naw lesieroskfi taaaaa ła

Pogubiłam dni.
Poniedziałek?
Kalendarz podpowiada właśnie, że tak, ale trochę hmmm... Cały mój człowiek twierdzi, że raczej czwartek. Czyli dobrze, bo to znaczy, że dwa dni odpoczynku podziałały jak pięć.
A jutro też się nie wybieram do pracy, więc naprawdę. Jakby mądrzeję czy co?
Czy Ty wiesz, Aurora, że już miesiąc minął? A ja jeszcze nie poprawiłam zdjęć.

Wbrew temu, co mówi tytuł, bo nie wiem jak mi się ta piosenka zaplątała w playlistę, od dwóch tygodni katuję muzykę z czasów mojego liceum.
I co chwila łezkę ocieram.

Muszę przestać chlapać ozorem, przestać wreszcie wydawać kasę na książki i kosmetyki, wstawić pranie i chyba przejść znowu na dietę.
Tylko nie chce mi się dukana, bo jak pomyślę, że znowu będę płakać za jabłkami, to mi lekko słabo i nagle zaczynam wydawać się sobie bardzo lekka i wiotka.

Nabrałam ochoty na "Dom nad rozlewiskiem". Nie wiem czemu zatęskniłam akurat za takim klimatem.
Oczywiście książka! Film był straszną kupą.

Te diety pudełkowe są popularne, co nie? Kusi mnie, żeby wleźć w taką klatkę.
Znaczy aż tak pojebana, żeby płacić 500 złotych za obce żarcie, to ja nie jestem. Szczególnie, że jak dostanę coś, co mi nie posmakuje, to szwyrnę tym pudełkiem tylko świst! Ale żeby nie marudzić, mogę sobie sama ustalić sztywne zasady i kalorie. Nawet już wlazłam na tabele kalorii.
I wiecie co? Wcale nie jest tak źle. Wczoraj zrobiłam próbne śniadanie owocowe - sałatka owocowa (kiwi, brzoskwinia, pomarańcza, orzechy włoskie i laskowe, jabłko, pestki dyni i słonecznika, łyżka jogurtu) o wartości kalorycznej 237 całkiem ładnie mnie zapchała na dwie godziny.
Zjadłam o ósmej rano, do drugiego śniadania o dziesiątej trzydzieści z palcem w dupie można wytrzymać.
A to tylko pierwszy strzał; z tego, co miałam pod ręką.
Moooooooże się pobawię?
Najbardziej mnie tylko rozwala obiad, bo nie znoszę jedzenia podgrzewanego w mikrofali, a znowu na zimno jeść kotleta czy makaron z sosem, to też nie bardzo. Z trzeciej strony, jedzenie obiadu o siedemnastej, bo zazwyczaj tak docieram do domu, to za późno. I chuj wie tak naprawdę jak to rozwiązać.
Przydałby się dobry termosik, ale niewielki, bo ja niezmotoryzowana jestem i zapierdalać do pracy z reklamówą żarcia i termosem wielkości gaśnicy to też chujnia.
Samo gotowanie mnie nie przeraża, bo to jasne, że będę robiła więcej i zostawiała na jakiś tam kolejny dzień. Czy mroziła. Osobiście uważam, że taki na przykład bigos jest o wiele smaczniejszy po rozmrożeniu i kolejnym podgrzaniu, niż świeży.
A jego wartość kaloryczna, przy założeniu, że gotować będę nie na żeberku, a udkach, a zamiast tłustego boczku, wrzucę wędzony filet indyka - więc ta jego wartość kaloryczna będzie stosunkowo niewielka.
Popatrzyłam trochę na tabele kaloryczne, na zapotrzebowanie, na to co ile ma.
Dam radę.
Ja wprawdzie najbardziej lubię jeść między siedemnastą a dwudziestą trzecią i to właśnie jest największy powód moich kilogramów, ale jeśli wrzuciłabym regularność posiłków, to wyszłoby tylko na zdrowie. Nawet jeśli nie jakiś spektakularny spadek wagi.
Z wielkim niedowierzaniem podchodzę do rewelacji, że jak się obniży ilość spożywanych kalorii, to się chudnie. Wierzę w czary, w gusła, w dukana, a nie mogę uwierzyć w te kalorie.
Wszyscy mądrzy od lat powtarzają, że właśnie obniżanie ilości spożywanych kalorii działa naprawdę, ale ja widziałam efekty dukana. Gdzie kalorii mogłam w siebie wcisnąć pięć tysięcy, aby tylko były z białka, i chudłam, dodatkowo pozbywając się w jakiś cudowny sposób nadmiaru skóry. Bo ona mi w ogóle nie wisiała, tylko się wchłaniała.
No i kurwa nie mogę tych informacji w żaden sposób pogodzić.
Idę chyba w internety szukać termosu, który od szóstej rano, do czternastej po południu utrzyma mi w cieple rosół. I kotleta.

A tymczasem była promocja.
W Alfie jest taki kiosk z prasą i totolotkiem i innymi papierzydłami.
Na środku stał kosz, a w nim książki w cenie 10 PLN ZA JEDNĄ!
Niestety, większość Mroza już miałam, część tytułów nie interesowała mnie w ogóle, ale trzy wybrałam.
Oprócz "Czarnej Madonny". Tę wrzuciłam po prostu do gromady, żeby się nie rozdrabniać ze zdjęciami.
Oczywiście "Czarną Madonnę" też kupiłam w promocji. Na arosie była w przedsprzedaży chyba za 24 złote. Albo 27 - nie pamiętam już dokładnie.



Te babskie, polskie, były znowu tanie jak barszcz na empiku internetowym.
Po jedenaście zeta chyba.



Cobena sobie odbudowuję.
Te dwie kryminalne, na samym dole, to w Świecie Książki w ofercie "kup jedną, druga za 50%". A ta żółta, z chili, przy kasie za 14,99 pln. No grzech nie wziąć.
A Dziewulskiego zawsze chciałam przeczytać, bo ja jestem w nim beznadziejnie zakochana z racji jego zawodu :D




niedziela, 13 sierpnia 2017

aj słe er bajde mun endestar sinde skaj enaaajsłeer

Wchodzę do sklepu z zamiarem kupienia zdrowych rzeczy, bo planuję troszkę podietować.
W pobliżu stoiska z warzywami są kasy.
Idę po jabłka. Wybieram, wącham, pakuję do foliówki, kiedy z mojej lewej strony rozlega się ciepłe:

- Owoce ważymy u mnie.
- Dobrze. Dziękuję.

Pakuję jeszcze brzoskwinie, kiwi i winogrona.
Biorę do ręki pomidory.

- Warzywa też.
- Dobrze - uśmiecham się, wkładam do torebek pozostałe warzywa i idę dalej.

Po drodze zahaczam o oliwę z oliwek, migdały, orzechy, paczkę pełnego makaronu i ser feta.
Przy kasie wyładowuję wszystko na taśmę.
Patrzy na mnie i lekko się uśmiecha:

- Szykuje się pyszna uczta.
- A owszem - odpowiadam również uśmiechem.
- Mhhmmm, zazdroszczę pani kolacji - dodaje ważąc ogórki.
- Chaaacha - śmieję się już w głos - mam nadzieję, że nic nie zepsuję.

Kończę pakować rzeczy, wbijam PIN do terminala i kiedy chowam kartę do kieszeni, słyszę jeszcze:

- Życzę wspaniałego wieczoru.
- Miłego popołudnia - odpowiadam i wychodzę ze sklepu.

Było rwanie?
;-)

*** *** ***
To teraz uzupełnienie.
To była kasjerka, a nie kasjer :D

sobota, 5 sierpnia 2017

jakmo tyle jak mo tyle wzlećmy jeszcze choćna chwi lę

Najpierw przydługie wprowadzenie.

Jak powszechnie wiadomo, jestem zupełnie atechniczna.
Z telefonu umiem ustawić melodyjkę na dzwonek, przypisać zdjęcie do numeru i przerzucić zdjęcia na komputer.
A z komputera umiem wejść w internet i poczytać pudla, wysłać i odebrać maila, napisać bloga i zmienić czcionkę w wordzie.
I umiałam gadać na GG.
Jeśli natomiast chodzi o instalowanie czy jakiekolwiek zmiany, w trybie pilnym jest wzywany mój prywatny informatyk, który ma pokłady cierpliwości, a w miarę spożywania kolejnych piw, którymi go obficie podlewam - nawet pobłażliwości.

Kiedy uczyłam się obsługiwać komputer, założyłam zeszyt, który nazwałam "Podręczny podręcznik młodego hakera" i robiłam w nim takie oto, na przykład, notatki:

przenoszenie zdjęcia
kliknij prawą myszką na pulpicie w wolnym miejscu i zjedź na "nowy folder"
kliknij
nazwij
enter
otwórz folder ze zdjęciem klikając raz lewą myszą
(mam ustawione wszystko na jedno kliknięcie, bo z dwoma nie mogłam sobie poradzić z szybkością i ilością - nie umiałam zatrzymać palca po dwóch klikach)
prawą myszką kliknij na zdjęcie i zjedź na "kopiuj"
kliknij
otwórz nowy folder (raz kliknij lewą myszką albo raz prawą i wybierz "otwórz")
w nowy folderze kliknij prawą myszką na pustym miejscu i zjedź na "wklej"
kliknij
tak samo, jeśli przenoszenie na stałe, tylko zamiast "kopiuj" trzeba "wytnij"

To na górze to był cytat z zeszytu.
Uczyłam się, nie?

Kiedy ktoś na gg wysłał mi link do czegoś, co mi się podobało, to po obejrzeniu/przeczytaniu, brałam zeszyt i spisywałam adres
http://fajne-co-mnie84397%^#@*intere--(#*suje...
i tak bla bla bla dalej
razem z tymi procentami, endami i innymi pizdrykami, co są w adresie.
A potem, kiedy za kilka dni chciałam to obejrzeć, to odpalałam stronę główna i wklepywałam cały adres.
To samo, jeśli chciałam komuś mailem wysłać ten link - przepisywałam.

Nie, nie.
Wiem, że to wygląda jak żart i próba zrobienia z siebie och, jaka jestem słodka i nie ogarniam tego strasznie strasznie ciężkiego internetu
Nie.
Jestem świetna w wielu sprawach, jestem naprawdę dobra zawodowo, cudownie opanowałam rękodzieło, natomiast nigdy, naprawdę nigdy nie miałam pojęcia, jak to wszystko działa z tymi komputerami.

Rozumiemy, jak bardzo jestem nieprzystosowana do bawienia się w informatykę? Prawda?
Dziś jest, oczywiście, o niebo lepiej.
Ogarniam naprawdę dużo. Potrafię bawić się na dwa okna, zmienić tło w blogu, zmniejszyć zdjęcia, obsłużyć Pisacę i ipko, zrobić zakupy, założyłam konto na allegro.
Ale nie wszystko umiem.

Przechodzę do rzeczy, ale chciałam zobrazować jak bardzo jestem trudnym uczniem.
Bo ja potrzebuję pomocy przy wrzuceniu google analytics na blog.
Uprzedzam porady wrzuć w google i rób zgodnie z instrukcją - NIE UMIEM!
PRÓBOWAŁAM!
POPŁAKAŁAM SIĘ!

Potrzebuję krok po kroku, tak, jak opisałam na początku. Właśnie dlatego podzieliłam się tym wstydem. Ja muszę mieć powiedziane: kliknij prawą myszą, zaznacz obszar od do i tak dalej.
Czy ktoś mógłby?
Da się to załatwić mailowo? Albo jakoś na fejsbuniu na czacie? Bo tylko taki czat umiem mniej więcej obsłużyć.
Oczywiście nic za darmo. Ja doskonale wiem, jak trudną i tępą uczennicą będę.
Mam na przykład funkiel nówkę nieśmiganą książkę popularnego ostatnio Remigiusz Mroza.



Bardzo chętnie wyślę na wskazany adres w ramach podziękowania.
Ewentualnie mogę mailowo podyskutować nad innym rodzajem wynagrodzenia.
SEKS WYKLUCZAM! OD DZIEWIĘCIU LAT JESTEM WIERNA! :D

Z tym, że ostrzegam - jestem naprawdę, ale to NAPRAWDĘ wielkimi literami TĘPA!
Nie kokietuję.
Mógłby ktoś się skusić na takie wyzwanie?
Ładne pliiiiiiiiissss...
frotka.w.ultraviolecie@gmail.com


poniedziałek, 31 lipca 2017

czypa mięe taszjakzemmmmm nątań czyłeśwal ca

Tiaaaaaaa.
Obecnie pan Mróz - Frotka ---> 3:0
Czarna Madonna, zawinięta w torebkę termiczną oraz dwa koce, spoczywa bezpiecznie na dnie szafy i czeka, aż będę miała urlop.
Bo ja wieczorami, niestety, boję się czytać to porno dla trędowatych.

Dla pewności związałam ją jeszcze takim sznurkiem do snopowiązałki.
Nigdy nic nie wiadomo.

niedziela, 30 lipca 2017

jakiesłow uko łyszą mojodusze mojo

Teraz natomiast pan Mróz raczył mnie tak przerazić, że nie wiem czy w ogóle uda mi się skończyć książkę.
Zaczął słabo, tak zupełnie z dupy, nic mi się kupy nie trzymało, a teraz! Aaaa!!
Nadal się nie trzyma kupy z początkiem, ale jako tekst po prostu mnie miażdży.
Dawkuję sobie kolejne rozdziały, bo po każdych kilku stronach muszę zamknąć książkę, pooddychać do torebki i popatrzeć na jednorożce, zieloną łąkę i kwiatki.
I koty w internecie.

Kurwa! Ależ mam mieszane uczucia!
Ciągnie mnie, boję się i o!

sobota, 29 lipca 2017

ulica była domem nał kołtych la a at

40. J.K. Rowling: Harry Potter i Komnata Tajemnic.

To, że ja w ogóle się do tego oficjalnie przyznaję, mnie samą szokuje. 
No bo jak to? Mówię, że coś związanego z Potterem jest niedoskonałe??
Druga część jest najsłabszą pozycją i zawsze, kiedy ją czytam, z ogromnym trudem powstrzymuję się przed przewijaniem co mniej ciekawych fragmentów. A już scena w komnacie, po tym, jak zjechali pod łazienkę Jęczącej Marty...
o rrrraaaaaanyyyy...
To taka moja wstydliwa tajemnica związana z całym cyklem.

41. J.K. Rowling: Harry Potter i Więzień Azkabanu.

Ale za to Więźnia Azkabanu uwielbiam i celebruję tak samo film, jak i książkę.
Jestem zakochana na przemian - albo w Lupinie, albo w Syriuszu. Zależy od stanu mojej głowy.
Przy okazji wielkie kurrrwa mać! bo ktoś mi nie oddał książki. Nie mam pojęcia kto. Ale wielu tak szukam. Od jakiegoś czasu zapisuję komu pożyczam. I chuj!

42. J.K. Rowling: Harry Potter i Czara Ognia.

Czara ognia znowu, to sentyment, bo tylko dlatego, że okładka krzyczała z okna każdej księgarni, kupiłam wszystkie cztery części. I zakochałam się bez pamięci. 

43. Zbigniew Nienacki: Pan Samochodzik i Niesamowity Dwór.

Pierwszy raz czytałam podczas wakacji u babci. W ogóle to chyba pierwszy Pan Samochodzik, którego przeczytałam. Tak mi się wydaje.
Podobał mi się, bo jako gówniara zazdrościłam bohaterom katalogowania tego muzeum. Och, jak uwielbiałam robić spisy, listy, tabelki i rubryczki.

44. Sebastian Fitzek: Przesyłka.

No mówiłam.
Rozorał mi mózg. 
Teraz nie mogę się doczekać aż MFM przeczyta, bo aż pękam ochotą przedyskutowania.
Jest wściekły, bo oczywiście pochwaliłam się, że od razu wiedziałam KTO, a on nie wie.
A jest już w połowie książki.
Ha!

Czeka mnie wieczór układania ubrań.
W ramach zachęty zalogowałam się więc do empiku i zamówiłam pięć książek. Ogromna przecena, grzech nie kupić. Tylko autorka polska.
Nie bardzo ufam polskim autorkom, ale jedenaście złotych za książkę?! Musiałabym ochujeć, żeby nie wziąć.
Choć cena i przecena też pewnie trochę świadczy o treści.
Nic.
Zobaczymy.

"Czarna madonna" na razie rozczarowuje.
I to dość mocno.

poniedziałek, 24 lipca 2017

łoraj felt łoraj noł newerszajntru inłoraj szołn

Nowy Fitzek znowu przeorał mi mózg. Powinnam jeszcze jutro i pojutrze mieć wolne z okazji że wyłażę z książki. Sama już nie wiem czy wolę jak wierci mi w żołądku i mam ochotę rzucić spawa, czy jak wierci mi w głowie i mam ochotę wydłubać sobie synapsę.
Ale za to po raz pierwszy, odkąd go znam, od samego początku wiedziałam KTO!
Przeczytałam osiem książek i w każdej próbowałam wytypować TEGO; w połowie każdej wszystko wskazywało na to, że mam rację i zaraz za kilka kartek okazywało się, że chuja się znam.
A potem, kiedy znowu byłam już pewna i triumfowałam, Fitzek robiła tada-kurwa-dammmm! i ja znowu miałam opad szczęki.
Ale tym razem od samiusieńkiego początku wiedziałam. Od momentu, kiedy pojawiła się ta postać, wiedziałam, że TO TA POSTAĆ.
I nie że zgadywałam czy dopasowywałam. Byłam pewna.
Jedno zdanie, panie Fitzek, pana zdradziło ;-)
Jestem pewna, że nikt inny po tym zdaniu nie rozpozna TEJ POSTACI, ale tak mi to zazgrzytało w oku, że nie było innej możliwości.
Mimo tego książka, jak wszystkie tego autora, przefantastyczna! Mimo pewności, że wiem KTO, zostaje takie małe ziarenko z wytatuowaną frazą ale to przecież Fitzek, nie bądź taka pewna, do tej pory wkręcił cię już siedem razy.
No bo serio! 

Najgorsze w tym panu jest to, że umieścił poprzeczkę na takiej wysokości, której nie przeskoczy nigdy nikt.

niedziela, 23 lipca 2017

asere che he ehe

Czemu pielęgniarki już nie noszą takich białych czepków? Z tą poziomą kreską?
Takich, co połowa dziewczynek w mojej pierwszej klasie zasadziła na głowy na bal przebierańców i tylko ja i taka Ulka, której mama była prawdziwą pielęgniarką, przebrałyśmy się za psa (Ulka) i tresera lwów (ja), a reszta była księżniczkami i ta połowa właśnie pielęgniarkami?
Co one dawały, te czepki? Oprócz oczywistej zazdrości, bo ja chciałam taki mieć? Włosów nie zasłaniały, bo były gustownie przypięte i nawet polepszały niektórym wygląd fryzury.
I kiedy przestało się je nosić?
Idę poguglać.

sobota, 22 lipca 2017

wiel kada matańczy sama

Od trzech dni sprzątam.
Mam do dyspozycji jeden pokój i nie mogę sobie z nim poradzić od trzech dni!
Wyjebałam wszystko na środek. Z szaf, szafek, półek, półeczek spod łóżka i z każdego kąta, z którego się dało.
Sypiam w Zielonym Pokoju, ubrania wyciągam na chybił trafił (a najczęściej nie trafił) wrzucam do pralki i na rano są gotowe.
Ciekawe kiedy skończą mi się czyste majtki.

Posegregowałam kosmetyki i okazuje się, że jeden dzień spędzę na robieniu zdjęć i wystawianiu na allegro tego, czego nie używam i użyć nie mam zamiaru.
Perfumy oddałam Rudej.

Plecy mnie bolą. Serio - od tego siedzenia w kucki najnormalniej bolą mnie plecy.
Kiedyś nie do pomyślenia.

Boję się wspominać o książkach...