środa, 22 lutego 2017

ru dyuś miechod dziew czynki comaw ło-sy jaksprę żyn ki

Ależ skurkowany ma pióro!
Biorę książkę do ręki na minutę, bo czekam aż zagotuje się woda na herbatę i nagle orientuję się, że czajnik wyłączył się już dawno, a ja nie dość, że nie słyszałam pstryknięcia, to jeszcze zapomniałam zupełnie gdzie jestem i przewaliłam siedemdziesiąt stron.
NIE WIEM KIEDY!

sobota, 18 lutego 2017

nako kardach wgórę leci

Nie wiem gdzie wsadziłam zdjęcia!

8. Małgorzata Musierowicz: Pulpecja.

9. Małgorzata Musierowicz: Dziecko piątku.

Połaziłyśmy trochę z Małą po sklepach. Jurowiecka nawet luźna, sporo promocji i zepsute schody.
Ja sobie kupiłam zakładki sówki i trzy płyny do kąpieli, których zapachy przenoszą mnie po kilka lub kilkanaście lat wstecz. Młoda natomiast ma koszulek na każdy dzień tygodnia, poduszkę-owieczkę, której jej dziko zazdroszczę i dezodorant o zapachu gruszki.
Miło spędziłyśmy czas.

Jeszcze mi się dietowo przypomniało, że w ciągu
zaraz policzę
w ciągu 38 dni zrzuciłam 13 kilo
Nooooo, jest co świętować!
A dziś odmówiłam pączka i była to najtrudniejsza odmowa ostatnich lat. Wliczając w to nawet odmowę awansu dwa lata temu.
W każdym razie jest mnie o trzynaście kilo mniej tłuszczu i jestem z tej okazji dziko szczęśliwa, zmotywowana i zachęcona do dalszych sukcesów.
W nagrodę kupiłam sobie jeszcze jeden dizajnerski słoik z uchem na modne napoje typu świeżo wyciskany sok z młodej pszenicy (bo jęczmień jest zbyt popularny!) i kiełków kukurydzy z pianką z jarmużu pod pierzynką z drobno zmielonej kiszonej kapusty.
A co!


szuuu kaj mnie cier pliwiedzieńpo dniu

Dukan ma jedną poważą wadę.
A właściwie dwie, bo pierwsza to jest koszmarny oddech. Mycie zębów urasta do rangi czyszczenia karczerem na myjce.
Bo to i w chuj białka, mięso kurczaka, mleko w proszku, sery, żadnych warzyw na tygodniu białkowym - to naprawdę wymaga ciągłego żucia gumy miętowej.
Wiem, że to brzydkie, pisać o takich sprawach, ale cóż. Życie.

Natomiast tą drugą wadą jest tak naprawdę zmniejszony żołądek ;)
Żartuję sobie oczywiście z tą wadą, bo to bardzo dobrze, że nie mam szansy się nawpierdalać po kokardkę i zdychać dwie godziny. Aaaaaale czasami chciałoby się zjeść coś fajnego.
A mnie się naprawdę rzadko chce jeść, a jeśli już, to za cały obiad wystarcza jeden mały naleśnik.
Jajko na śniadanie zjadam dobrych kilkanaście minut.
Któregoś dnia wracałam z roboty głodna jak diabli! Mhhhhmmm, myślałam sobie, kurczaczek w domu czeka tylko na podgrzanie, za sałatę, pomidory i jogurt właśnie zapłaciłam - nic, tylko przebierać szybciej nogami i grzać piekarnik.
Yhym.
Bo było po co grzać!

Na dukanie żołądek przyzwyczaja się do jedzenia często, ale bardzo, ale to baaaaardzo niewiele.
Przysięgam, pierońsko chciało mi się wtedy jeść, a zjadłam pół udka kurczaka i nie wiem, dziesiątą część sałatki? i tyle.
Już nawet nie to, że nie czułam głodu. Ja po prostu nie mogłam więcej wcisnąć!
Oczywiście, po dwóch godzinach znowu byłam głodna, ale to chyba o tym trąbią dietetycy i lekarze?
Jeść niewielkie porcje co trzy godziny

Czemu napisałam, że to wada?
Bo ja lubię smaczne jedzenie, to raz. I jak już sobie coś robię do żarcia, to chciałabym się tym trochę podelektować.
A dwa, to łatwo się zapędzić w totalne niejedzenie.
Serio.
W pewnym momencie człowiek zapomina, że powinien jeść.
No i jeszcze w głowie się wszystko pierdoli, bo cały czas mam wrażenie, że jak zjem trochę więcej, to od razu wróci mi pięć kilo. Strasznie anorektyczne myślenie się włącza. Jak bardzo komicznie by to nie brzmiało w ustach grubaski, w głowie naprawdę robi się anorektycznie. Od tego tylko krok do prawdziwych zaburzeń odżywania.
Bo co się dzieje? Ano po każdym posiłku biegnę na wagę i sprawdzam czy przypadkiem nie pokazuje paru deko więcej.
Obsesyjnie wczytuję się w zawartość tłuszczu i węgla w każdym produkcie, który mam zamiar włożyć do koszyka.
Mam straszna ochotę na jogurt smakowy (oczywiście odtłuszczony i dozwolony przez dukana), a kiedy go zjem, zastanawiam się czy było warto.
I ostatnie - mimo niejedzenia, ogromnie dużo MYŚLI SIĘ o jedzeniu.
Bo to albo co kupić do jedzenia.
Albo co zrobić do jedzenia.
Albo co zjeść, bo trzeba.
Albo o cholera! nie jadłam od wczoraj od dziewiątej rano!
Albo zjadłabym sobie tatara.
I takie tam dietetyczne bzdury. Kto kiedykolwiek dietował, ten wie :D


poniedziałek, 13 lutego 2017

dżaast de spun fulof szugar helpsde medysyn gołdałn

Kupiłam maskę do włosów od anwen
Jeśli jest na tym świecie choć jedna osoba, której ufam w sprawie włosów, to jest nią laska, której nie widziałam na oczy, nie zamieniłam  z nią ani jednego słowa, nie wymieniłam ani jednego e-maila, nie znamy się, nawet blogowo.
Czytam ją od lat.
I jeśli miałabym być szczera - nie mam pojęcia dlaczego uważam ją za kogoś, kto się zna i wie co robi.
Czasem tak bywa.

Więc kiedy tylko napisała notkę, że wprowadza własną linię do pielęgnacji, poleciałam do jej sklepu i kupiłam.
Użyłam wczoraj.
Nie widzę minusów, w poprawę na czuprynie od jednego użycia nie wierzę, ale kiedy tylko zużyję całe pudełko, nie omieszkam podzielić się wrażeniami.
Na razie plusy takie pierwsze:

cudownie pachnie!
ciepłością, słodyczą, letnim wieczorem na wsi, ale zupełnie niekwiatowym
raczej takim rozgrzanym, kiedy się siedzi na ławce przy ulicy i wystawia twarz na zachodzące słońce
i pachnie mlekiem
i trochę budyniem
a kiedy zamknę oczy, to na języku czuję drobniutkie, tak drobne, jak ziarenka maku, waniliowe kuleczki
albo jak się lody rozpuszczają na języku
i jeszcze (wiem, że to nie zapach) szorstkością, która rozpuszcza się pod ciepłym dotykiem
to się czuje, kiedy się maseczkę powącha

przyszła bardzo pieczołowicie zapakowana
w mocne, kartonowe pudełko, wypełnione folią bąbelkową
sama maska w papierowej torebce, pomysłowo uciętej - co jest urocze, bo ze zwykłej torby zrobił się śliczny pakuneczek
przewiązana materiałową wstążeczką
z nalepką "anwen"
widać dbałość o wrażenie, o szczegół

na składach to ja się nie znam
od tego właśnie jest anwen ;-) i dlatego właśnie od niej kupiłam

zajebiście spodobało mi się, że wystarczyła niewielka ilość na całe moje, długie przecież, włosy
dobrze się nakłada
gładko
nie trzeba zbytnio gmerać w czuprynie i wcierać - praktycznie sama się rozprowadza

trzymałam na głowie 30 minut, spłukała się ładnie i dokładnie

efektów oczywiście jeszcze nie ma
ale za to włosy bardzo ładnie dały się rozczesać na mokro
nie po każdej odżywce czy masce mogłam je czesać

a, w składzie są te silikony, ale anwen pisze, że niedużo
poza tym ja się cieszę, że są, bo one doskonale działają na moje włosy
pięknie je wygładzają, a w końcu po to kupiłam maskę

mam nadzieję, że anwenówka się sprawdzi
jeszcze na pewno nie mogę jej polecać, ale coś czuję, że się z maską polubimy
cena do przełknięcia, bez przesady - 39 złotych za puszkę z 200 ml produktu to nie jest jakaś zaporowa kwota
nie kosztuje grubych milionów, a jak się okaże dobra, to będzie tej ceny warta
tylko przesyłka moim zdaniem kurewsko droga, ale to już chyba nie zależało od sprzedającej


no i oczywiście nie wiem na ile sobie wmówiłam, bo doskonale to potrafię!, a na  ile maska jest dobra w tym, co robi, ale włosy mam chyba gładsze ;)

sobota, 11 lutego 2017

ktoooooś może tyamo żeja

7. Małgorzata Musierowicz: Noelka.



Choćbym nie wiem ile razy czytała, i tak poryczę się szesnaście razy i co trzecią stronę.
Nie umiem nie kochać tych ludzi z Jeżyc.
Czuję się, jak pewnie każdy miłośnik twórczości pani Musierowicz, jakbym znała ich wszystkich doskonale. Jakby byli moimi przyjaciółmi.
I jak zawsze marzę o takiej kuchni...

niedziela, 5 lutego 2017

twarzzna nazok ładek

Karmię pędraka Ptyśki obiadkiem ze słoiczka.
Szczerzy dwa zęby i gulgocze radośnie,
Ja rozanielona szczebioczę do niej.
W połowie słoiczka dociera do mnie, co gadam
Wygląda to mniej więcej tak:

zanurzam łyżkę mrucząc: wytnij
wkładam łyżkę do małego dzioba i kończę: wklej
wytnij
wklej
wytnij
wklej...

zapodałam jej tak pół obiadu
Za dużo komputera, frocia. Zdecydowanie za dużo komputera.

sobota, 4 lutego 2017

sejmaj nejm sej maj neeeejm

6. Remigiusz Mróz: Ekspozycja



Napiszę to z pełną świadomością.
Nawet Fitzek! mój niezawodny i jedyny w swoim rodzaju Fitzek!
Nawet on mnie tak w żadne książce nie zaskoczył.

Ja nie mówię, że to jakieś genialne zakończenie.
Że ojeju ależ mnie ciekawi. Bo nie poleciałam od razu do księgarni po kolejną część.
Ale kiedy przeczytałam ostatnią stronę, to usta ułożyły mi się w idealne O.
Dawno już nic mnie nie zaskoczyło tak uroczo.
Co do treści, to nie jest to Chyłka, ale nie oszukujmy się - do serii o prawnikach pozostanie mi dożywotni sentyment. Zbyt osobista jest, żeby coś miało ją przebić.
Jednak "Ekspozycja" nie jest zła.
Za to jest, jak na moje oko, lekko przerysowana, jeśli chodzi o akcję. Tu już nawet nie ma co się zastanawiać - sensacja na miarę amerykańskich seriali, a nie polskich realiów. Nikt nie uwierzy, że policjant ot, tak sobie grozi bronią innym policjantom, porusza się swobodnie między krajami, które nie mają otwartych granic, a w dodatku robi rozpierduchę w ruskim więzieniu.
Ale absolutnie nie razi mnie to w oko, czyta się przyjemnie i nawet się człowiek lekko angażuje w tę jego misję.
Trochę mi zalatywało Brownem z jego "Kodem..." i "Aniołami i Demonami".
Trochę serią Millennium.
I znowu ale! w żaden sposób nie zepsuło to książki.


Cały czas czeka na mnie mikołajkowy prezent, który
(teraz dzieci zamykają oczy)
sama sobie kupiłam.
Za śmiesznie małe pieniądze.



Oczywiście po drodze wyskoczyły mi te Mrozy, poza tym we wtorek odbieram kolejną.
Ale już rozerwałam folię i zaczynam od sławnej Lackberg. Z kropkami nad "a", co to nie wiem, jak się czyta ani wymawia, a której nic jeszcze nie czytałam i podobno to wielka gafa z mojej strony.

Przeglądam zdjęcia.
Co chwila łza w oku.
I właśnie sobie uświadomiłam, że Moskwa jest jedynym miastem, w którym ani razu się nie zgubiłam. I w którym dziś, gdybym tylko stanęła na dworcu, znowu poczułabym się nareszcie w domu. Na właściwym miejscu.



czwartek, 2 lutego 2017

je sien ny wia a tr

Jest taki demot. Głupia zabawa, jak to na demotach.



Aaaaaaaaaaaaale ja wygrywam tu życie.
Bo jest taka piosenka.
Z mojego głębokiego dzieciństwa.
Nigdy nie pomyliłam ani jednego słowa ;-))



Jaką piosenką wygrywacie życie?

jeś lisienas tarość niezes tarze jecie

- Emilka powiedziała, że czyta mi w myślach. - poskarżył się żałośnie Metys.
- I to cię martwi?
- Bo ona mówi, że strasznie tam nudno...

*** *** ***

- Chyba mam prostatę. - oznajmiła Mila po trzeciej wizycie w toalecie.
- A czy..? - nie dane mi było dokończyć, bo w tej samej chwili

* czterech ochotników wyraziło gotowość natychmiastowego jej zbadania
* trzech z nich natychmiast zaczęło przygotowywać gabinet do zabiegu
* a Kryzys delikatnie przeniósł Emilkę z krzesła na stolik

I tylko Metys z grobową miną oświadczył, że on nie ma już kolegów! Bo kiedy niedawno powiedział, że może mieć ten sam problem, co Emila, to żaden nie garnął się do zbadania go, za to wszyscy gorliwie namawiali na wizytę u specjalisty.

- A specjalista to jednak wiesz, nie to samo, co znajome rączki Kryzysa czy Arka - wyznał z żalem.
- Metys, kochanie ty moje - wyrzęziłam - jeśli jeszcze kiedyś poczujesz potrzebę podzielenia się takim problemem z kolegami, to błagam cię, zadzwoń lepiej do mnie.

(Emila jest w ciąży.
Propozycje zbadania czy z maluszkiem wszystko w porządku, padały już wielokrotnie.
Masaż wiadomych części ciała, które rosną, a bolą - również był oferowany.
Mnie też, choć uroczyście przysięgałam, że ja się nie spodziewam.
Przy okazji - Metys i wtedy miał minę, jakby chciał, żeby mu co nieco wymasowano. Zazdrośniczek taki)

niedziela, 29 stycznia 2017

biało kwitnie besssss

Aż wstyd się przyznać, ale na ostatnim odcinku "Chirurgów", to nawet łezkę uroniłam.
Serio serio.
I tak patrzę jeszcze na Wilson i się zastanawiam - czy ona przypadkiem nie jest w ciąży?
Jakoś tak na twarzy pełniejsza.
I brzuch taki wypięty, jak ją pokazali bokiem w jednej scenie.

ako ron ki-ifal bankiucie kajo łodfi ran ki

A chuj by to strzelił!
Napatrzyłam się na to zdjęcie sernika i polazłam robić ;-)
Jak durna.
Przy okazji machnęłam też serniczki na zimno. Na pięć dni. Do piątku.
Bo wczoraj zaczęłam część trzecią czyli znowu bez warzyw, a ja jej nie lubi i muszę mieć coś na osłodę ;D

Nie przeczytałam w tym tygodniu nic. Czas tak zapierdalał, że nie nadążałam pasty na szczotkę do zębów nałożyć, a już była siedemnasta i jechałam w MPK-u do domu.
I tak do czwartku.
Potem był piątek, kiedy to musiałam zająć się Małolatami.

- Froooocia? A kupisz coś pysznego?
- A co byście chciały?
- Chipsy!
- Żelki!
- Chrupki serowe!
- I popcorn!
- A mama wam pozwoli to zjeść?
- To jej nie powiemy. Będziemy miały tajemnicę!

Rozumiecie, prawda, ta-jem-ni-cę!
No dobra, nie powiedziałam. I kupiłam.
Od dwóch paczek chrupek raz na kilka miesięcy nie utyją. A żelki wzięłam najmniejsze.
Zachwyt za to był wielki.

W czwartek nocowałam u nich, bo Igor z Siostrą na rano do roboty, a wiadomo, nie będę się zrywała o piątej, żeby do nich dojechać na siódmą.
Wieczorem układamy puzzle w pokoju Starszej. Obie co chwila zerkają w stronę mojej torby, bo wiedzą, że tam są czipsy.

- A możemy dzisiaj zjeść tylko po małej garsteczce?
- No nie sądzę.
- Ale po malutkiej. Po kilka chrupeczków.
- Na jutro nie będziecie miały - ostrzegam.
- Ale nie zjemy wszystkiego. Proszę proszę proooooszę - dwie pary wielkich oczu wpatrują się we mnie błagalnie.
- Okej - kapituluję i wyciągam przekąski - Ale żeby mi nie było jutro lamentu.

Wsuwają w najlepsze, kiedy na schodach rozlegają się kroki.

- Co robicie, dzieciaki? - pyta siostra otwierając drzwi.
- Żremy chrupki i układamy puzzle.

Taka to była tajemnica.
Ale wiecie, ta-jem-ni-ca!

sobota, 28 stycznia 2017

tojazat wierdzam twojepre mjeja trzynas tkamirzą-dze

Dwa człony diety za mną.
Człony! heheheheheh - zaśmiałam się jak gimbaza, ale no napraaaaawdę... co za słowo! ;)
W każdym razie dwa kawałki za mną.
I siedem kilo paaaaszło wpiz-du!
Takich stałych, bo skaczących, to w porywach nawet do dziewięciu, ale nie łudzę się. Wiadomo, woda, hormony, czasem więcej, czasem mniej żarcia.

Sernik.
Na specjalne życzenie.
Oczywiście nie chce mi się przepisywać, więc po prostu wklejam starą, jeszcze ownlogową notkę :-)

Ostrzegam jednak, że to przepis dukanowy, więc ludzie na niediecie powinni go zmodyfikować pod kątem cukru i otłuszczenia sera.

Bierzemy:

* kilogram białego sera

ja mam w sklepie już zmielony, w plastikowym wiaderku, czteroprocentowy President
nie robiłam nigdy z innych, więc nie wiem jak mogą wyjść

* pięć lub sześć jajek

ile jest w lodówce
robiłam i z pięciu, i z sześciu - nie widzę żadnej różnicy ani w smaku, ani w konsystencji
zazwyczaj jednak robię z sześciu

* zapach, taki olejek, który lubimy

ja najczęściej dodaję waniliowy albo rumowy
z rumowym sernik jest pięć razy lepszy niż z innymi
for mi afkor-z

* słodzik

nie mam pojęcia ile
sypię trochę, mieszam, wsadzam palec i próbuję
jak masa nie jest słodka, dosypuję
i tak do momentu, aż stwierdzę, że jest ZA słodka ;)
wtedy jest dobrze, bo podobno pod wpływem temperatury słodzik traci trochę swoje właściwości i nie dosładza tak, jak na zimno
sama nie rozumiem, co napisałam
w każdym razie, jak na zimno jest akurat słodkie, to po upieczeniu będzie za mało słodkie, o

i co? i chyba tyle
teraz włączamy piekarnik
a nie!

* łyżka skrobi kukurydzianej

normalna, stołowa, pełna łyżka

I to już chyba naprawdę wszystko.
Nie wiem czy to ma jakieś znacznie, ale do niektórych potraw wszystkie produkty mają być w tej samej temperaturze. Nie wiem jak jest z sernikiem. U mnie mają, bo wszystko trzymam w lodówce, słodzik też.
Nie wiem. Przez dwa lata mi sernik nie wychodził, więc pomyślałam, że napiszę, może to ma wpływ na udanie.
Zawsze w przepisach mi brakuje takich właśnie informacji.
I jak na przykład ta, że piekarnik włączam zaraz po wyjęciu produktów z lodówki.
Na 180 stopni.
Piekarnik mam stary, gazowy, bez termoobiegu.
Grzeje się do momentu wstawienia ciasta.

Dobra.
Lecimy.

Jajka sparzam wrzątkiem. (dlaczego podkreśla mi słowo sparzam?)
Oddzielam białka od żółtek uważając, aby żaden fragment żółtka nie wpłynął mi do białka. Jeśli wpłynie, wylewam to do miski z żółtkami, a pianę ubijam z pięciu tylko białek. Nie ma to żadnego wpływu na sernik, nieraz już tak miałam.
I na boga jedyną! Uwaga na skorupki!

Wolę znaleźć włos w zupie niż skorupkę jajka w jajecznicy! Albo serniku.
Mam obsesję na punkcie tych chrzęszczących pod zębami skurwysynek. Raz mi się taka trafiła na ząb i mówię, leciałam do kibla tylko siwy dym.
No, świetna dygresja przy pieczeniu sernika ;P

Dobra, białka oddzielone?
Ubijamy!
W suchutkim na pieprz naczyniu. Ani grama wody czy jakiejkolwiek wilgoci.
Dodaję szczyptę soli. Podobno ładniej się piana ubija. Nie wiem czy ładniej, bo bez soli nigdy nie próbowałam, ale mnie wychodzi sztywna, jak na pokazowych filmach. Obracam miskę do góry dnem i nic nie wypada.
(tylko wypływa ;-P)

Okej.
Mamy?
Mamy.
Jakbyśmy zapomnieli, to sprawdzamy czy na pewno piekarnik się grzeje. Ja czasem zapominam.

Odstawiamy piankę i do żółtek dosypujemy słodzik. Albo cukier, wy podli, chudzi niedietowcy!!! ;-)
Ucieram żółtka ze słodzikiem na gładziutki puch.
Można mikserem, można łyżką, na jedno wychodzi. Ja ostatnio jednak mikserem mieszam. Szybciej, a różnicy w cieście oczywiście nie ma.
Kogel mogel utarty, wywalamy kilogram sera.
I miksujemy.
Dodajemy łyżkę skrobi i kilka KILKA! kropli aromatu.
Naprawdę, jak będzie za dużo, to jest takie wrażenie, jakby się perfumy lizało.
Kilka kropli daje akuratny smak.
Miksujemy.
Przestajemy miksować, ostatnia chwila na upewnienie się, że piekarnik się grzeje.

I teraz pianka z białek.
W każdym przepisie, jaki czytałam było napisane, że należy ostrożnie przełożyć ubite białka do masy i delikatnie wymieszać łopatką; tak, żeby nie zniszczyć zbytnio piany.

W DUPIE SOBIE MOŻNA DELIKATNIE POMIESZAĆ ŁOPATKĄ!

Bierzemy pojemnik z pianą i łyżką, po kawałku wyjmujemy od góry to sztywne.
Od góry i partiami, bo na dole zbiera się taka jakby woda.
Nie wiem co to, ale białko to na pewno nie jest i odkąd dbam o to, żeby nie wpadło mi do ciasta, to sernik rośnie jak moje biodra na niediecie.
Więc fakt, ostrożnie przekładamy pianę, żeby nie zahaczyć tego płynu.
Wszystko w misce?
To teraz ten moment na łopatkę w d..., bo proszę państwa, JEDZIEMY MIKSEREM!
Bez czułości, na najwyższych obrotach, dokładnie miksujemy to, co mamy w misce, aż powstanie gładziutka, jednolita masa.

Naczynie żaroodporne, blachę, co kto chce, wykładamy papierem
kurwa, napisałam ściernym!
Wykładamy papierem do pieczenia. Wlewamy na to masę.

Ja wstawiam to do piekarnika na środkowej półce. Jak mówiłam, nie mam termoobiegu. Poza tym, jak postawiłam za nisko, to mi dół przypaliło, a jak stawiam na środkowej, to papier jest jak widać na zdjęciu. I nic się nie przypala.

Ja to trzymam przez godzinę i dwadzieścia minut na musowo. Potem zaglądam i kiedy widzę, że jeszcze nie jest upieczony, to trzymam dziesięć minut, po dziesięciu minutach znowu zaglądam i jak wyżej.
Średnio sernik piecze mi się około godziny i trzydziestu minut. Czasem ciut dłużej.
W ogóle to mam specyficzne kryterium oceny, bo patrzę po stopniu przypalenia papieru. Jak brązowieje, to znaczy, że już niedługo.
Sernik fantastycznie rośnie! Na wierzchu robi się taka fajna cosia. Która pęknie trochę. I jak ona będzie pęknięta, ale będzie wyglądała na skorupkę, to sernik jest gotowy.
Wtedy należy zakręcić piekarnik i dać ostygnąć wypiekowi.
A kusi kurewsko.

On oczywiście opadnie, ten sernik, ale opadnie tylko wypukła skorupa.

I tako.
Tak robię sernik, który od sześciu razy udaje mi się znakomicie.
Podejrzewam, że jego niezjadliwość i cienkość wynikała z ubitej sztywno piany, która zapiekała się z pęcherzami w środku, a potem, jak już opadał, to te pęcherze pękały i powstawały nieapetyczne dziury.

Smacznego każdemu, komu wyjdzie ;-)
)))) i pochwalcie się efektami.



W zamian jednak stanowczo żądam przepisu na to ciasto!

środa, 25 stycznia 2017

pój debo-so pójde booooooooooooo oso

Emilka, zasapana jak diabli w niebie, wpadła do pokoju:

- Ha! Dzisiaj wymiękłam dopiero na piątym piętrze.
- No braaawo, jeszcze tydzień i wbiegniesz na dziesiąte - Metys pogratulował Milce, a potem obrócił się do wchodzącej właśnie Dianki - Ty też dzisiaj bez windy?
- Meeeeeetys - rzuciła mu spojrzenie spod oka - Ja się męczę idąc nawet po płaskiej podłodze.
- Chryste! Diana! Bo mnie kawą utopisz!
- Właściwie - dodała jeszcze - ja nawet jadąc autobusem się męczę. Dzisiaj na przykład po przejechaniu jednego przystanku, byłam wykończona.

sobota, 21 stycznia 2017

łennnnn marim baridems tart-tu plej

Na śniadanie zjadłam sernik.
Z kawą.
Całkiem słuszny kawałek, ale że był to sernik dietetyczny, nie weszłam w posiadanie jakichkolwiek wyrzutów sumienia. A nawet się oblizałam i zostawiłam kawałek na jutro.



Przeczytałam jedną
no i nie wiem
język mnie boli, a palce puchną, kiedy mam zamiar pisać "powieść" czy "książkę".
Może nazwę to pisaninką.

5. Natasza Socha: Biuro przesyłek niedoręczonych.



Chała.
Choć to mało powiedziane. Przeczytałam tylko dlatego, że nienawidzę zostawiać niedoczytanych - na potrzeby wpisu nazwę to - książek. Ale nie radziłabym przywiązywać się do tej nazwy.
Przekombinowe. Za dużo starania o luz.
I nuda. Niby miało być o magicznej miłości jak z bajki, ale ani tam magii, ani bajki.
Kolejne wypracowanie dobrej uczennicy, która błyszczała na języku polskim, a którą nauczyciele przechwalili. Wydumana powiastka. Jakieś latające wiewiórki wciśnięte na siłę, nijak mające się do fabuły. Ani to zabawne, ani ważne.
Nie umiem powiedzieć na czym to konkretnie polega, ale mam wrażenie, że autorka za wszelką cenę chciała wcisnąć miedzy kartki coś oryginalnego, a wyszło chuj wie co. Miasteczko, w którym ni stąd ni zowąd tyle ciepła i życzliwości, że można obdarować jeszcze dwa. A z drugiej strony wkurwiony starszy pan bez nogi, którego bohaterka próbuje - a jakże! - obłaskawić. Czy jej się uda? Nosz zagadka stulecia!
Dialogi drętwe. Z założenia pewnie miały być luzackie, zabawne. Nic z tego. Płaskie, przewidywalne.
Przewidywalne zresztą wszystko w tej książce.
Nie lubię tworzenia na siłę. A tu na siłę jest wszystko.
Na siłę oryginalne zwierzątko.
Na siłę niezrealizowana miłość.
Na siłę gbur bez bez nogi, który w środku oczywiście ukrywa serce. Może nie złote, ale u niego dobrze, że w ogóle jakieś serce.
Na siłę barwne szaliki jednej z bohaterek.
Na siłę dobrotliwy pan w restauracji.
Na siłę wreszcie, i bardzo wkurwiające, przepisy na domowe mikstury na wszelkie dolegliwości i przypadłości.
Kalicińska w swoich rozlewiskach bardzo umiejętnie potrafiła je wpleść. Tutaj rażą i odrzucają.
Za krótka książka, za dużo autorka chciała upchnąć.
Język też nijaki.
Słabizna.
A na okładce wersalikami: MISTRZOSTWO GATUNKU!

No nie...

sono ko zede lawita

Bardzo mnie też kusi serial "Wikingowie".
Mam fajnego kumpla, który go oglądał, polecał, a trochę odradzał, bo "ty tego nie zniesiesz".
Ale bez tej protekcjonalności w głosie. Raczej z żalem, że mogę naprawdę nie obejrzeć.

Poza tym co.
Podobno nowy "Sherlock" jest. A ja jeszcze nie znalazłam w sieci, żeby obejrzeć online.
Ta upiorna panna młoda czy jak to tam się nazywało, bardzo mi się podobała.
Świetnie to zaplanowali i ja się normalnie zakręciłam, jak to możliwe było.
A tu o.

Trochę mi mózg uszkodziło do dziwne miasteczko z Dzikiego Zachodu.
Jesssssssu, to trzeba mieć much w głowie, co? Żeby coś takiego wymyślić!
Nie mogę się doczekać drugiego sezonu.
W ogóle, to Westworld wydaje mi się jakimś znajomym tematem. Nie mam pojęcia dlaczego.
MFM twierdzi - czym oczywiście doprowadza mnie każdorazowo do ataku paniki - że mam błąd w programie i za każdym razem wydaje mi komendę "przywróć ustawienia fabryczne!" i ja wtedy nie wiem czy wracam do normy, bo on mnie przywrócił, czy uspokajam się, bo absurdalność pomysłu mnie rozśmiesza, czy może po prostu jestem pierdolnięta.
MFM mocno obstaje za tą ostatnią opcją.
W każdym razie serial ostro ryje baniak.

Pooglądałabym sobie coś jeszcze.
Ale tak, żeby mnie wciągnęło.
Jak kiedyś SOA albo Przyjaciele.

Jeden znajomy, który aktualnie mnie wkurwia i wiem też, że działa na nerwy MFM-owi, zachwala dość mocno "22.11.63".
Nie ukrywam, że najbardziej pociąga mnie główny bohater.
ajsejdżejms jusej franko ;-))

Podobno "Mr. Robot" też nieźle sobie radzi.
I "Suits" cały czas mam w zapamiętanych. Tu najatrakcyjniejsze jest to, że mają sześć sezonów :)
A tak naprawdę nic mnie nie jest w stanie zainteresować na tyle, żebym przepadła.