niedziela, 26 marca 2017

ambeeeed am bed

Ja to mam takie małe pytanie:

Czy ktoś w tym roku utopił jakąś Marzannę?
Choćby najmniejszą?
Lalkę może chociaż?
Pacynkę?

Bo może to dlatego w ubiegłym tygodniu sąsiad musiał zdzierać lód z szyb w samochodzie?
A mój termometr lekko zwariował i pokazał sześć na minusie?
Może naprawdę Wiosna się wkurwiła, że w tym roku nie puściłam z dymem żadnej kukły i nic nie wsadziłam pod wodę?

Nie wiem, nie wiem.
Bo już naprawdę, skoro JA pytam kiedy będzie słoneczko, to znaczy, że coś się Przyrodzie lekko popierdoliło z tą jesienią.
Ja uwielbiam, serio, uwielbiam deszcz, wiatr i ponure niebo.
Naprawdę jestem wielka entuzjastką.
Ale żeby był koniec marca, a ja dopiero raz mogłam przejść się po mieście w krótkim rękawku? Niewiarygodne.

I żeby nie było! Nie narzekam!
Absolutnie! Wiem, że w połowie lutego pożałowałabym, gdybym narzekała, ino świst!
Ja się po prostu dziwię.

łeńju kamin chołm garaj donnoł łen

A jeśli pan Mróz nie jest jeszcze zajęty, to ja się z nim chętnie ożenię.
Różnica wieku między nami nie będzie większa niż między Zordonem a Chyłką.
W życiu nie bałam się tak bardzo przewracać ostatnie kartki książki!
(szczególnie, że się domyślałam już od połowy)

Nigdy nie nauczę się pewnych rzeczy.
Kółeczko czy trójkącik - która to damska toaleta.
Która to ulica Waszyngtona, a która Wyszyńskiego w moim mieście.
W którą stronę się zakręca, a w którą odkręca korek w mojej nowej wannie.
Że nie powinnam jeść białego pieczywa, szczególnie typowo pszennych bułeczek. 
I że nie pisze się pełnych wyznań SMS-ów po pijaku. Szczególnie do osób, które się nieprzytomnie kocha.
Ale najważniejsze, czego powinnam się nauczyć, a nie potrafię od 
w zasadzie od zawsze
Więc najważniejsze, co muszę wreszcie pojąć, to że sytuacja, kiedy zaczyna mi zależeć za bardzo, to już za daleko. I że to tak naprawdę ostatni moment, kiedy powinnam dać sobie spokój. Przestać walczyć.
Aurora w tym momencie pewnie by się pogardliwie roześmiała i powiedziała, że żeby można było mówić o jakiejkolwiek walce, musiałabym przynajmniej zacząć coś robić.
Ale to nieprawda.
Ja walczę. Na swój sposób walczę. Może za mało agresywnie, bo uważam, że w niektórych przypadkach jest to poniżające, ale jednak walczę.

Hakerzy, informatycy albo po prostu ktoś, kto się na tym zna!
W jednym z odcinków "Przyjaciółek", starym oczywiście, Anka śpiewa z Julką piosenkę Golden Life: 24.11.94.
Czy jest jakiś program, który może mi to wyciąć i przerobić na mp3? Albo może ktoś gdzieś widział do pobrania?
Na chomikach nie ma, na youtube nie ma, na torrentach nie ma, nie widziałam nigdzie online.
Będę wdzięczna za info na mail.
frotka.w.ultraviolecie@gmail.com

No i tęsknię za Potterem.
Chyba już czas.

sobota, 25 marca 2017

jużdo powrotugłos trąpkiwzy wa

Nie przeczytałam w tym tygodniu ani jednej literki.
Nowa dostawa książek wylądowała bezpiecznie na półce, już nawet nie chce mi się zdjęcia wrzucać, a ja nie przeczytałam nic.

Absolutnie, ale to absokurwalutnie nie nadaję się do sprzątania.
Tak jak jedna księżniczka miała siniaki na dupie od spania na grochu, tak ja mam odciski na palcach od mopa.
Szietmadafaka.
Księżniczka pieprzona taka ze mnie.
Ale za to mam błyszczące podłogi, lśniącą łazienkę na górze i w miaaaarę ogarniętą kuchnię.
Rzuciłam na tydzień dukana.
Musiałam odreagować, a to był jedyny bezpieczny sposób, jaki mi przyszedł do głowy - po prostu zjeść coś pysznego.
Pocieszyć się dobrym jedzeniem.
Tak. To już jest zaburzenie odżywania. Wiem.

sobota, 18 marca 2017

kłitple jingejmsin majchart

Nie chce mi się iść po aparat.

17. Małgorzata Musierowicz: Kalamburka.

Najsłabsza i najnudniejsza książka w całej Jeżycjadzie.
Wiele razy ją czytałam, ale za żadnym nie mogę się do niej przekonać i nie znajduję w niej nic ciekawego.
Cóż, jest częścią serii, więc czytam jak najszybciej, żeby przeskoczyć do kolejnej pozycji.

18. Harlan Coben: Już mnie nie oszukasz.

Zapomniałam już, jak bardzo lubię jego pisanie. Nawet jeśli nie ma mojego Wina :)
"Już mnie nie oszukasz" przewrotnie, choć jak zawsze u tego autora, oczywiście mnie oszukała.
W połowie książki, jak to ja, byłam pewna kto jest pozytywnym charakterem, a kto negatywnym (choć mój typ okazał się strzałem w dychę; choć raz! :P) i oczywiście doskonale wiedziałam kto zabił.
Tak samo oczywiście pod koniec książki okazało się, że bardziej taboret ze mnie niż detektyw, bo zabił zupełnie ktoś inny, ale wieeeecie, to Coben.
On mnie zaskakuje w każdej książce.
Historia jest o pani żołnierz, której mąż zostaje zastrzelony (czego pani żołnierz jest świadkiem) i kręci się oczywiście wokół wykrycia zabójcy.
Jest ciekawa.
Mogłabym pomarudzić, bo zostałam straszliwie rozpieszczona przez Fitzka, ale nie będę.
Nie będę, bo Coben pisze naprawdę świetnie.
Muszę wrócić do poprzednich książek, szczególnie tych z moim ukochanym Winem, bo nie pamiętam dokładnie żadnej historii.

otpowie dziszuuuukaaaj cza sujestakwie le

W moich Krasnalach cudowne jest to, że oni się w tańcu nie pierdolą.

- Frocia? Ty celowo te cycki tak wywaliłaś? Żeby mi cały czas wzrok na nie uciekał?
- Aaaaaaadaś, no coś ty - podciągam lekko bluzkę do góry - no prooooooszę cię...
- Ty ochujałeś, Adam? - warczy na niego Metys - Ty pedał jesteś?! Frota, zostaw ten dekolt! Chociaż popatrzymy sobie.

*** *** ***

- Kryzys, chany ty moje, może porozmawiamy o twoim alkoholizmie? - pytam obejmując go czule.
- Dobrze. A co masz do polania?
- Kryzys, ja nie żartuję! Ostatnie nasze dwie rozmowy, to były twoje telefony po pijaku...
- Weź się, Frota!
- Nie, kochanie, nie "weśsiefrota"! Ja się naprawdę martwię!

Ścinka, warczenie, o chuj ty się przypierdalasz!, a ile ty kurwa pijesz, bla bla bla.

- Frotuś, kocham cię. Żona się nie interesuje, teściowa się nie interesuje, a ty jedna mnie opierdalasz.
- Kryzys! Kurwa! To chore...
(dalej to nasze prywatne rozmowy)
- Naprawdę cię kocham, Frocia.
- Ja też cię kocham. Nie pij.
- Chyba, że z tobą?
- Chyba, że ze mną!

Wariat mój kochany :)

wtorek, 14 marca 2017

kozam dżaste gerl

MFM zmusił mnie do obejrzenia jednego filmu.
Obiecał mi, że choć na pewno będę się bała, to jednak nie wyskoczy na mnie żadne zombie czy inne ścierwo, co przeraża mnie na śmierć.
Aha.
Uwierzyłam, bo jest jedną z dwóch osób, które wiedzą, że ja naprawdę potrafię UMRZEĆ jak wyskoczy na mnie coś strasznego.
Więc włączyłam.
Późnym wieczorem.
Do poduszki.
Jaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaajebie!
Po pierwszym strasznym momencie, wyłączyłam i zapisałam sobie w kajeciku, że zaraz rano mam oblać kwasem siarkowym MFM-a. Prosto w najczulsze miejsce.

Rano napłakałam mu w słuchawkę, że jest szuja, menda i huligan.
Tak, huligan, bo przez CH brzmi za łagodnie!
Nawet mu głos nie zadrżał.
Zimno polecił obejrzeć do końca i wtedy mooooże pogadamy.
No dobra.
Więc odpaliłam i umieściłam lewą dłoń na oczach, a prawą na monitorze komputera i poszło.
Po kolejnych czterdziestu minutach wypełnionych szczelnie krzykami, podskakiwaniem na krześle, przeklinaniem w języku polskim i wszystkich znanych mi obcych z przewagą "fuck!" i "shit!" poddałam się i z rykiem, zalana łzami, poprosiłam MFM-a, żeby opowiedział mi końcówkę bo ja już nie wyrabiam od tego napięcia.
A w pewnym momencie to tak podskoczyłam, że aż mi krzesło odjechało spod dupy i mało nie wylądowałam na podłodze.
No luuuuuudzie, ja nawet moje ukochane "Z Archiwum X" oglądam przez palce, a niektóre odcinki z zamkniętymi oczami, a on mi każe ten horrrrrrrrror!!!
Ale dobra.
Ja skończyłam ten film, bogatsza o garść nowych siwych włosów.

I tu jest najlepsze.
Film jest zajebisty!! Stwierdziliśmy, że to taki ekranowy odpowiednik powieści Fitzka.
Ale końcówka tak zjebana, że przysięgam, płakać się chciało!
Tak oklepanego motywu nie spodziewałam się po tak dobrym seansie.

Teraz, kiedy obejrzałam, to mogę już fikać, bo naprawdę mi się podobał. Drugi raz oczywiście nie dam się namówić na nic podobnego, ale skoro już pocierpiałam i mam za sobą, to mniammmmm.
Rozczarował mnie dopiero koniec.
Może nie aż tak, jak MFM-a, bo on był wręcz oburzony, ale mnie już kiedyś coś podobnego zafundował Koontz. Uważam go za świetnego pisarza, ale zakończeniem jednej książki poszedł na łatwiznę i rozczarował ogromnie.
Zupełnie jak ten film.

I rzeczywiście, MFM nie kłamał.
Bałam się, ale tak do wytrzymania, jak obiecał.
Jednak.

niedziela, 12 marca 2017

tonie byle bziiiiik ijuszsie nie martw

Z okazji zrzucenia z siebie 15 kilo sadła, tłuszczu, opon i innych cellulitów, zarządziłam dzień spaślaka w Tłusty Czwartek oraz dziś, w dzień urodzin siostry.
Ile pączków można zjeść po takim oczekiwaniu? 
Ano jednego. Drugiego dopychać na siłę i to tylko po to, żeby nie zrobić przykrości osobie, która tego pączka podarowała.

Dziś kawałek tortu i zamiast 0,5 % mleka do kawy, mleko 3,2%.
Mhmmmmm, szaleństwo!

Od tłustego czwartku licząc, przez tydzień na wszelki wypadek nie wspinałam się na wagę.
Eeeeeeetam, nic się nie stało. Jak było, tak jest, stwierdziłam po tygodniu.
Dlatego dzisiejszy kawałek ciasta też mnie nie przeraził.

A do szydła (ale nie beatki!) zarzuciłam dziś opowieści z narnii.
Z tym, że nie film kinowy, a brytyjski serial. Przy nim, siedząc na piecu w kuchni mojej babci, podczas zimowych ferii, robiłam na drutach sweterki dla lalek.
Ależ mam piękne wspomnienia z tym serialem, aż się łza w oku kręci.

*** *** ***

No i chudnięcie chudnięciem, ale ja zawsze mówiłam, że Śnieżka jest moją najukochańszą Księżniczką Disney'a i to właśnie z nią się identyfikuję!

(skubnęłam z demotów)

sobota, 11 marca 2017

tocobyś powie działa

Muszę pokłamać, bo powinnam to wrzucić wczoraj, ale wróciłam po nocy, gdzieś koło drugiej. Potem urodziny siostry i o.
Niedoczas.

13. Małgorzata Musierowicz: Imieniny



14. Małgorzata Musierowicz: Tygrys i Róża.



15. Wojciech Sumliński: Niebezpieczne związki Andrzeja Leppera. Kto naprawdę go zabił?



No chyba nikt nie wierzył, że on naprawdę popełnił samobójstwo?!
Książka też nie wyjaśnia wszystkiego. W sumie ciężko się dziwić; na miejscu autora obawiałabym się czy i do mnie nie zapuka nagle Ekipa Samobójcza.
Dość odważnie przytacza tu pan autor różne rozmowy, rozmówki, półsłówka, dokumenty. Rzuca oskarżenia nie zawsze zawoalowane. Nie będę wnikać, standardowo, bo może ktoś ma ochotę przeczytać. Ale jeśli kogoś interesują polityczne niuansiki, to można. Nawet z zainteresowaniem.

16. J. K. Rowling i ferajna: Harry Potter i Przeklęte Dziecko.



Tym razem po polsku.
I dobrze, bo okazuje się, że niektóre fakty inaczej sobie wyczytałam w oryginale.
No jak to Potter, nie? Nie umiem być obiektywna, jeśli chodzi o książkę o mim ulubieńcu ;)

Oczywiście w kolejce czekają następne zabawki.



Dwie z tej kupy już połknęłam, ale miła sercu jest świadomość, że książek na razie mi nie zabraknie.

czwartek, 9 marca 2017

maj maj chałekn ajre zist ju

Czemu znowu nikt mi nie powiedział, że są nowe "Przyjaciółki"??
Już się zbierałam do pisania i chuj
Dwa odcinki właśnie się ściągnęły i tyle z mojego blogowania.

Wydarłam dziś ryja na człowieka i z tej okazji przeryczałam później piętnaście minut w kiblu.
Nie znoszę tego. Nie znoszę krzyczeć na ludzi.
Ale mówiłam raz, spokojnie.
Powtórzyłam.
Również miłym głosem.
Za trzecim razem, kiedy nie zareagował, stwierdziłam, że no cóż
i rozdarłam pizdę! ale JAK rozdarłam!
Widziałam szok na jego twarzy.
I nie, że mnie specjalnie jakoś zdenerwował i dlatego krzyczałam.
Najsmutniejsze to, że ja na zimno zdecydowałam, że trzeba pokrzyczeć,bo inaczej nie reaguje.
A najokropniejsze jest, że ludzie nie reagują na prośby.
Trzeba się właśnie wydrzeć, żeby coś dotarło do mózgownic.
Oczywiście spłakałam się po wszystkim, że może mu być przykro, że niepotrzebnie, że przecież to nic ważnego.
Ale z drugiej strony?
Poprosiłam. Nic.
Poprosiłam. Znowu miał to w dupie.
No kuuuuuuuurwa, to co? To ja mam pokornie przemilczeć?
O, niedoczekanie twoje, chuju!

sobota, 4 marca 2017

jestu wię cejdruk niżtoś przejśby je mug

Nie przeczytałam w tym tygodniu ani jednej książki.
... za to dokupiłam kilka ;-)

Ale wsiąkłam w szydełkowanie, bo dorwałam zajebistą włóczkę, a niestety, jak filmy przy robótkach lecą, aż miło, tak książki nie daję rady czytać jednym okiem ;D

I szarpie mną.
Za każdym jebanym razem. Aż mi serce rozrywa.

niedziela, 26 lutego 2017

zwolna usiat dżam bodżet

SEN!
MNIE!
ROZJEBAŁ!!

Od rana nie mogę przestać z niego rechotać i co sobie przypomnę, to zalewam się łzami.
Ze śmiechu.
;-)))))))))))))
Wszystko już śniłam. Naprawdę. Ciężko mnie zaskoczyć mojej własnej, snowej scenarzystce, ale przysięgam - za dzisiejszą noc nominowałabym ją do Oscara.
Wprawdzie nie wiem w jakiej kategorii...

No nie mogę, leżę ze śmiechu.
A może ja po prostu chciałabym zostać modelką?
I ćwiczę?   ;-)))))))) ;-)) ;))) ;-)

sobota, 25 lutego 2017

siiiiiiiiiiiiiiiiir kelow ajf

Kiedy z szuflad rwącym potokiem wylewają się majtki, skarpetki i biustonosze, to po prostu znak.
Czas na czyszczenie magazynów.
Niestety, w moim przypadku nie jest to czyszczenie, a wymiana towaru.
Po pięć par najbardziej przetartych skarpet i najstarszych i najbrzydszych majtek wyleciało do kosza, ale za to na ich miejsce wcisnęłam po siedem par nowych.
Choć w przypadku skarpet, to ciężko u mnie mówić o parach, bo ja ich zwyczajnie nie paruję.
Bywa, że na lewej nodze mam czarną, a na prawej zieloną w stokrotki.
A kto powiedział, że ja mam być nudna? Że skarpetki muszą być TAKIE SAME?!
A nie wystarczy, że czyste i niedziurawe?
Młodsza podpatrzyła i kiedyś wywaliła mi kopyta pod nos:

- Pacz, frocia! Mam jak ty!
- Śliiiicznie - pochwaliłam radośnie.
- Powiedziałam mamie, że ty też tak samo nakładasz.

Fajnie tak.
Pamiętam, że kiedyś znajomi dziwnie patrzyli na moje stopy. Teraz, po tylu latach każdy już przywykł.
Najlepiej było w liceum, gdy zmienialiśmy w szatni buty. W sumie jeszcze się nie znałyśmy do końca, wszystkie takie zdystansowane.
I tadał! Ja! W kolorowych skarpetach.

Dobra, ktoś wie o czym ja w ogóle miałam pisać? ;-))
A. Majtki i skarpety.
No. Mam taką metodę, że jak tylko wyrzucę jakąś sztukę bielizny, to natychmiast muszę kupić na to miejsce nową.
A dziś w sklepie pani tak trochę skrępowana:

- Ja tam dałam pani XL, ale jak będą za duże...
- Błaaaagam - roześmiałam się - ja znam swój rozmiar. Naprawdę, nie sądzę, żebym wbiła się w coś mniejszego.

Pani w tym momencie wyluzowała i mogłyśmy swobodniej pogadać o kolorach gaci i jak to dobrze, że duże biustonosze nie są już tylko burymi pancerzami.

Nie wyłażę z bajkowych piosenek Disney'a. Od kilku tygodni nie słychać w moim odtwarzaczu nic innego, tylko "aaaaaander de si, aaan derde si" albo "hiliws in ju".
W tej ostatniej zresztą zakochałam się bez pamięci i mogłabym nie wyłączać już nigdy.

10. Małgorzata Musierowicz: Nutria i Nerwus.



11. Małgorzata Musierowicz: Córka Robrojka.



12. Remigiusz Mróz: Wotum nieufności.



Jak pisałam - ma, skurkowany, pióro!
Nie sposób się oderwać.
Pisze tak plastycznie, że normalnie siedzę z nimi w tej Warszawie, w knajpkach, kawiarniach i pod sejmem.
Jeśli chodzi o tę akurat powieść, to nie spodziewałam się niczego hucznego, bo mnie polityka raczej mier-zi, ale nie. Dał radę.
Łapałam się nawet na tym, że próbowałam odnaleźć pierwowzory bohaterów.
Oczywiście nic z tego, bo ja znam tylko Kwaśniewskiego, tą z okiem na kaukaz i prezesa Jarosława.
Ale świetna powieść, nawet mimo tematyki.

A jak ja się doczekam piątej części mojej Chyłki? Odliczam dni, odliczam, a tu ciągle luty...

W empiku spędziłam dzisiaj prawie dwie godziny. Przejrzałam chyba wszystkie półki, wrzuciłam do koszyka jedną zakładkę i tyle mojego.
Udało mi się nie wziąć nic z papierniczego stoiska, ale przy kasie była, jakże by inaczej, książka w promocji!
Przyznacie jednak, że cena 19,90 za książkę z ceną okładkową 39,80 to jednak ładna promocja i grzech nie kupić.
Uwielbiam zakładki. Ostatnio w empiku właśnie są fajne magnetyczne. Pamiętam, jak wieki temu musiałam sobie przywozić takie z Moskwy albo z Londynu. Teraz na szczęście mamy już swoje i nawet jedna została moją ulubioną.
Ma tekst o
a zresztą
zrobię zdjęcie



Jest tak moja, że już mojsza być nie może.



środa, 22 lutego 2017

ru dyuś miechod dziew czynki comaw ło-sy jaksprę żyn ki

Ależ skurkowany ma pióro!
Biorę książkę do ręki na minutę, bo czekam aż zagotuje się woda na herbatę i nagle orientuję się, że czajnik wyłączył się już dawno, a ja nie dość, że nie słyszałam pstryknięcia, to jeszcze zapomniałam zupełnie gdzie jestem i przewaliłam siedemdziesiąt stron.
NIE WIEM KIEDY!

sobota, 18 lutego 2017

nako kardach wgórę leci

Nie wiem gdzie wsadziłam zdjęcia!

8. Małgorzata Musierowicz: Pulpecja.





9. Małgorzata Musierowicz: Dziecko piątku.



Połaziłyśmy trochę z Małą po sklepach. Jurowiecka nawet luźna, sporo promocji i zepsute schody.
Ja sobie kupiłam zakładki sówki i trzy płyny do kąpieli, których zapachy przenoszą mnie po kilka lub kilkanaście lat wstecz. Młoda natomiast ma koszulek na każdy dzień tygodnia, poduszkę-owieczkę, której jej dziko zazdroszczę i dezodorant o zapachu gruszki.
Miło spędziłyśmy czas.

Jeszcze mi się dietowo przypomniało, że w ciągu
zaraz policzę
w ciągu 38 dni zrzuciłam 13 kilo
Nooooo, jest co świętować!
A dziś odmówiłam pączka i była to najtrudniejsza odmowa ostatnich lat. Wliczając w to nawet odmowę awansu dwa lata temu.
W każdym razie jest mnie o trzynaście kilo mniej tłuszczu i jestem z tej okazji dziko szczęśliwa, zmotywowana i zachęcona do dalszych sukcesów.
W nagrodę kupiłam sobie jeszcze jeden dizajnerski słoik z uchem na modne napoje typu świeżo wyciskany sok z młodej pszenicy (bo jęczmień jest zbyt popularny!) i kiełków kukurydzy z pianką z jarmużu pod pierzynką z drobno zmielonej kiszonej kapusty.
A co!


szuuu kaj mnie cier pliwiedzieńpo dniu

Dukan ma jedną poważą wadę.
A właściwie dwie, bo pierwsza to jest koszmarny oddech. Mycie zębów urasta do rangi czyszczenia karczerem na myjce.
Bo to i w chuj białka, mięso kurczaka, mleko w proszku, sery, żadnych warzyw na tygodniu białkowym - to naprawdę wymaga ciągłego żucia gumy miętowej.
Wiem, że to brzydkie, pisać o takich sprawach, ale cóż. Życie.

Natomiast tą drugą wadą jest tak naprawdę zmniejszony żołądek ;)
Żartuję sobie oczywiście z tą wadą, bo to bardzo dobrze, że nie mam szansy się nawpierdalać po kokardkę i zdychać dwie godziny. Aaaaaale czasami chciałoby się zjeść coś fajnego.
A mnie się naprawdę rzadko chce jeść, a jeśli już, to za cały obiad wystarcza jeden mały naleśnik.
Jajko na śniadanie zjadam dobrych kilkanaście minut.
Któregoś dnia wracałam z roboty głodna jak diabli! Mhhhhmmm, myślałam sobie, kurczaczek w domu czeka tylko na podgrzanie, za sałatę, pomidory i jogurt właśnie zapłaciłam - nic, tylko przebierać szybciej nogami i grzać piekarnik.
Yhym.
Bo było po co grzać!

Na dukanie żołądek przyzwyczaja się do jedzenia często, ale bardzo, ale to baaaaardzo niewiele.
Przysięgam, pierońsko chciało mi się wtedy jeść, a zjadłam pół udka kurczaka i nie wiem, dziesiątą część sałatki? i tyle.
Już nawet nie to, że nie czułam głodu. Ja po prostu nie mogłam więcej wcisnąć!
Oczywiście, po dwóch godzinach znowu byłam głodna, ale to chyba o tym trąbią dietetycy i lekarze?
Jeść niewielkie porcje co trzy godziny

Czemu napisałam, że to wada?
Bo ja lubię smaczne jedzenie, to raz. I jak już sobie coś robię do żarcia, to chciałabym się tym trochę podelektować.
A dwa, to łatwo się zapędzić w totalne niejedzenie.
Serio.
W pewnym momencie człowiek zapomina, że powinien jeść.
No i jeszcze w głowie się wszystko pierdoli, bo cały czas mam wrażenie, że jak zjem trochę więcej, to od razu wróci mi pięć kilo. Strasznie anorektyczne myślenie się włącza. Jak bardzo komicznie by to nie brzmiało w ustach grubaski, w głowie naprawdę robi się anorektycznie. Od tego tylko krok do prawdziwych zaburzeń odżywania.
Bo co się dzieje? Ano po każdym posiłku biegnę na wagę i sprawdzam czy przypadkiem nie pokazuje paru deko więcej.
Obsesyjnie wczytuję się w zawartość tłuszczu i węgla w każdym produkcie, który mam zamiar włożyć do koszyka.
Mam straszna ochotę na jogurt smakowy (oczywiście odtłuszczony i dozwolony przez dukana), a kiedy go zjem, zastanawiam się czy było warto.
I ostatnie - mimo niejedzenia, ogromnie dużo MYŚLI SIĘ o jedzeniu.
Bo to albo co kupić do jedzenia.
Albo co zrobić do jedzenia.
Albo co zjeść, bo trzeba.
Albo o cholera! nie jadłam od wczoraj od dziewiątej rano!
Albo zjadłabym sobie tatara.
I takie tam dietetyczne bzdury. Kto kiedykolwiek dietował, ten wie :D